wtorek, 26 sierpnia 2014

Rozdział 5


Duch walki to jednak nie to samo co talent

- Jak się nazywasz? – zapytał trener naszej szkolnej drużyny siatkarskiej, wpatrując się ze skupieniem w formularz zgłoszeniowy. Był wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną w średnim wieku z włosami ściętymi na jeża w kolorze jesiennych liści i dużymi, wyłupiastymi oczami. Trochę mnie przerażał. Poza tym, zdążyliśmy już z Law’em odrobinę poznać drużynę siatkarską, która przyjęła nas jak swój swego. Była to wyłącznie męska drużyna, bo żeńską prowadziła trener Tono z Japonii, która uczyła mnie wf-u na początku pierwszego semestru.
Drużyna powiedziała nam, że trener Harlow to całkiem fajny gość, ale bardzo nerwowy, więc podczas meczu cały czas słychać jego krzyki wściekłości.
- Nazywam się Christopher Gabriel Slade, prze pana – odparłem cicho.
- Chodzisz do pierwszej klasy, tak? – mruknął trener, zaznaczając coś w formularzu, a ja gorliwie pokiwałem głową. – Grałeś wcześniej w siatkówkę?
- Nie…
Trener zerknął na mnie, później znów coś naskrobał na kartce. Za to mnie oblał zimny pot. Czułem, że mam coraz mniejsze szanse na dostanie się do drużyny.
- Jesteś dość… marnej budowy – powiedział w końcu trener. – Jesteś też niski.
- Wiem, ale – starałem się za wszelką cenę, bo Lawrence powiedział, że jeśli się nie dostanę, to osobiście zadba, żeby zabrano mi telewizję, komputer, konsolę i rysownik – bardzo mi na tym zależy. Jeśli pan mnie przyjmie, zyska pan zawodnika pełnego uporu i ducha walki. Bardzo pana proszę…
Trener w skupieniu przygryzł końcówkę długopisu, jakby toczył wewnętrzną kłótnię, czy mnie przyjąć czy nie. Serce waliło mi jak młotem, zupełnie jak wczoraj, gdy ojciec powiedział, że nasz obiad nadaje się jedynie do kosza. Poza tym, wbrew temu, co myślałem o tym pomyśle wczoraj, dzisiaj naprawdę zależało mi na dostaniu się do drużyny i bez gróźb Lawrence’a.
W końcu trener wstał, rzucił  długopis i formularz na biurko, a później powiedział:
- Cóż… Upór to nie to samo, co wrodzony talent, młody. Zobaczymy co potrafisz. Jeśli wygrasz z Michaelem jeden na jeden to cię przyjmę.
O kurczę… gorzej być nie mogło…
Wyszedłem za trenerem na korytarz, gdzie czekał Law oparty o ścianę. Dziś po raz pierwszy widziałem go w związanych włosach. Kiedy nas zobaczył, od razu podszedł do mnie i zapytał pospiesznie:
- I jak? Wziął cię?
Law miał to już za sobą. Jego trener przyjął bez słowa szemrania, bo był dość wysoki, odpowiednio zbudowany, a w poprzedniej szkole także należał do klubu siatkarskiego, który wygrywał zawody letnie i zimowe już siedem razy z roku na rok. Nawet ja słyszałem o tej drużynie, i gdy Lawrence powiedział mi wczoraj, że był w niej głównym rozgrywającym, potrzebowałem kilku minut, żeby dojść do siebie.
- Jeszcze nie wiem. Mam zagrać z Mikem 1 na 1 i jeśli wygram, przyjmie mnie.
Law jedynie zmarszczył brwi, odruchowo odgarniając pojedyncze kosmyki za ucho, ale nie odezwał się już ani słowem, póki nie przekroczyliśmy progu sali, gdzie odbywały się treningi. Wtedy moim oczom ukazała się ogromna hala. Poczułem się w niej naprawdę malutki, nigdy wcześniej w niej nie byłem, bo na wf chodziliśmy do innej sali, poza tym, ćwiczyłem niezwykle rzadko.
Lawrence mruknął tylko:
- My mieliśmy większą.
Na środku hali już ćwiczyła cała drużyna, która podzieliła się na dwie mniejsze, grające przeciw sobie. Patrzyłem na chłopaków, stojąc nieruchomo, jakby ktoś mnie zaczarował, zamienił w bardzo zachwycony posąg. Zazdrościłem im wprawy oraz zręczności, będąc jednocześnie pewnym, że ja nigdy nie zdołam osiągnąć takiego poziomu.
Przez chwilę wszyscy trzej podziwialiśmy grę, a później trener zagwizdał i chłopaki jednocześnie przerwali mecz, odwracając się w naszą stronę. Kiedy poczułem na sobie ich wzrok, poczułem się jeszcze mniejszy, ale stres związany z grą 1 na 1 z Mikeyem to co innego. Nogi miałem przez to jak z galarety, nie miałem pojęcia jak w ogóle stanę z nim twarzą w twarz.
- No, chłopaki! Jak zapewne wiecie, mamy nowego członka, Lawrence’a Cartera! Chris musi jeszcze przejść test! Michael, chodź tu! Reszta ma przerwę!
Trener krzyczał naprawdę głośno, ale drużyna jego polecenie potraktowała, jakby wszyscy byli Mikeyem i przyszli wszyscy. Mike podszedł do trenera, który tłumaczył mu warunki przyjęcia mnie do drużyny, a pozostali dodawali mi otuchy – przynajmniej starali się.
Mike był całkiem miłym facetem. Przeważnie uśmiechnięty. Chodził do 1-C, nie najgorzej się uczył. Miał niemal 2 metry wzrostu, kręcone ciemne włosy oraz ciemnozielone oczy. Gdy na mnie spojrzał z wesołym błyskiem w oku, poczułem się trochę pewniej. Potem przez kilka sekund uzgadniał jeszcze coś z trenerem, ja natomiast czułem się, jakby moje serce miało zaraz wyskoczyć na parkiet. Starałem się słuchać rad chłopaków, ale mówili wszyscy na raz, więc powstał tylko szum. Wymijająco kiwnąłem głową, patrząc na Lawrence’a, który stał na uboczu. Podszedł do mnie dopiero, gdy miałem wyjść na boisko i powiedział cicho:
- Nie martw się, wszystko będzie grało.
I dołączył do reszty drużyny.
Wraz z Michaelem zatrzymaliśmy się przy siatce, a ja odetchnąłem głęboko.
- Spokojnie, Chris. Wszystko w porządku, trener chce tylko pokazać kto tu rządzi. Nie będę grał ostro, ok? – powiedział Mike szeptem z taką szybkością, że miałem problemy ze zrozumieniem. Skinąłem głową i przybiłem mu piątkę, po czym zajęliśmy miejsca po obu stronach siatki. Zerknąłem jeszcze na Law’a, który, gdy zauważył moje, łagodnie mówiąc, zaniepokojone spojrzenie, puścił mi oko, uśmiechając się uspokajająco. Kątem oka dostrzegłem  jeszcze jak Patrick mi macha, a Johny pokazuje, że wszystko będzie ok.
Później rozległ się gwizdek trenera i rozpoczął się mecz.
*
Przegrałem…
Leżałem wyczerpany na deskach parkietu, piłka toczyła się leniwie pod okno, moja klatka piersiowa unosiła się szybko w rytm oddechu i bolała potwornie, a gwizdek trenera rozbrzmiał w moich uszach, jakbym był pod wodą. Po kilku sekundach zobaczyłem klękającego nade mną Mike’a, a kroki trenera, Law’a oraz reszty drużyny, która wspierała mnie głośno przez cały ten beznadziejny mecz, były coraz bliżej. Czułem się, jakby czas zwolnił bieg i wszystko widziałem w zwolnionym tempie. Krew szumiała mi w uszach ogłuszającym więc ledwo zrozumiałem, gdy trener Harlow powiedział:
- Cóż, młody… Trudno…
Później wszystko wyglądało tak, jakbym obserwował błyskawiczny rozwój burzy w ludzkiej postaci. Chłopaki najpierw byli całkiem oszołomieni, wszyscy zamarli i gdy to zobaczyłem przez mgłę zmęczenia i tłumionych łez, choć tak naprawdę nawet nie miałem siły płakać, pomyślałem, że to właśnie cisza przed burzą. Kilka sekund potem wszyscy zaczęli krzyczeć, wymachując wściekle pięściami i wykonując najróżniejsze gesty, niektóre naprawdę obraźliwe, więc dobrze, że trener ich nie zauważył, bo skończyłoby się to masowym wyrzuceniem z drużyny.
- Widział trener, jak on grał?! – krzyknął Sonny.
- Niech go trener przyjmie! – dodał Ralph.
- Tak się nie robi! – wybuch Mike.
- Trochę poćwiczy… - zaczął Matt.
- …a będzie grał w pierwszym składzie! – dokończył jego bliźniak Stan.
- Chris ma potencjał! – dorzucił jeszcze Bill, ale później trener krzyknął tak głośno, że jego wrzask zagrzmiał nad wszystkimi innymi, które natychmiast ucichły. Przy okazji opryskał chłopaków śliną.
- Powiedziałem, nie! Warunek był jasny, miał wygrać, ale przegrał! Nie widzę NAJMNIEJSZEGO problemu!
Kiedy trener obrzucił ich pogardliwym spojrzeniem, a później odwrócił się i odszedł, wszyscy wiedzieliśmy, że choć prawdziwy trening się nie odbył, na dziś to już koniec. Przez moment panowała zupełna cisza, a krew nie szumiała mi w uszach już tak bardzo, jedynie chciało mi się pić. Do tego miałem przemożne poczucie beznadziejności, bo chociaż tak bardzo mi na tym zależało, tak bardzo się starałem, a teraz leżałem wycieńczony i zlany potem na parkiecie – poległem. Patrzyłem beznamiętnie w sufit hali, dopóki Patrick nie podał mi ręki. Kiedy wyciągnąłem do niego swoją, która drżała z bólu od wielokrotnych serwów, bloków i przyjęć, złapał ją mocno i postawił mnie na nogi. Wyprostowałem się chwiejnie, a potem wyszeptałem:
- Jestem beznadziejny… - Spojrzałem przepraszająco na Lawrence’a, który znów przestał okazywać jakiekolwiek emocje, chociaż podczas meczu krzyczał głośno wraz z innymi, dopingując mnie ze wszystkich sił, a później przez zaciśnięte zęby wyszeptałem: - Przepraszam, Law…
On, widząc, że byłem bardzo bliski płaczu, za co mi było strasznie wstyd, podszedł do mnie i kiedy objął mnie, ukrył moją twarz w swoim ramieniu.
- Uspokój się, Chris. To, co powiedział trener, to pieprzenie, nie zostawimy tak tego. Nie rycz, jak ciota.
Potrząsnął mną mocno i brutalnie, jakby próbował wybić mi te cholerne łzy z głowy, ale one nieprzerwanie płynęły i nawet gdybym bardzo chciał, nie mogłem ich opanować. Za każdym razem tak było, a przynajmniej tak myślałem do czasu, kiedy Yuki – syn trener Tono. rosły Japończyk z numerem buta 46 – kopnął mnie mocno w mój kościsty tyłek i wytarmosił za włosy.
- Słyszałeś co powiedział Lawrence? Zaraz idziemy do tego starego zgreda, a ty przestań wreszcie ryczeć.
Płacz zniknął jak ręką odjął. Nic nie działało na mnie tak jak groźba faceta wyższego ode mnie o dwie głowy. Pociągnąłem jeszcze raz nosem, a później mruknąłem, ścierając ostatnie ślady łez z policzków:
- Dajcie sobie spokój…
I wyszedłem na korytarz. Tam spod drzwi wziąłem swoją torbę oraz bluzę, a potem ruszyłem powoli do wyjścia. Kiedy byłem już przy końcu korytarza, zastanawiając się, co będę robił, jak Lawrence będzie na treningach, ktoś za mną krzyknął, abym na niego poczekał, ale ja miałem to gdzieś. Wyszedłszy na korytarz, przejechałem na śliskich podeszwach butów spory kawałek, a później wykonałem bardzo dziwaczny taniec, próbując utrzymać równowagę, przez co woźna, która myła podłogę, albo raczej zalewała ją wodą z ociekającego mopa, spojrzała na mnie bardzo dziwnie. W końcu poślizgnąłem się i z krzykiem poleciałem do tyłu, ale zamiast upaść i stracić przytomność, ktoś idący za mną złapał mnie w ostatniej chwili. Spojrzałem w dół i zobaczyłem sportowe buty, po czym zadarłem głowę, dzięki czemu mogłem ujrzeć twarz Mike’a do góry nogami.
- D-dzięki… - chwiejnie się wyprostowałem, z powrotem zarzucając na ramię torbę, która spadła na podłogę, gdy próbowałem utrzymać równowagę. Cała była teraz mokra i ociekała wodą, niczym ten śmiercionośny mop woźnej.
- Następnym razem uważaj – roześmiał się Mike. Miał już na sobie czerwoną bluzę, której kaptur zarzucił na głowę mokrą od potu, przewieszony był paskiem dużej, szaro-niebieskiej torby sportowej, a w dłoni trzymał butelkę wody mineralnej.
- Tsa… - mruknąłem, znów ruszając do wyjścia, ale miałem wrażenie, że woźna i jej mop próbują mi to poważnie utrudnić. Mike na tych sportowych podeszwach prawie wcale się nie ślizgał. – Gdzie reszta? – zapytałem cicho, chociaż bardziej interesował mnie jakiś suchy kawałek podłogi, żebym mógł dojść do drzwi i się nie zabić.
- Wiesz… nie, żebym chwalił cię za błyskawiczne nawiązywanie więzi, ale reszta poszła zrezygnować z grania w siatkę. Kazałem im przekazać, że ja też się wypisuję.
Jakbym dostał z liścia w twarz bardzo mocno. Wszyscy zrezygnowali ze względu na mnie?! To jakaś kpina?! Nie chciałem przecież zabierać im pasji… ja tylko… przegrałem dwoma punktami…
Przystanąłem, o mało znów się nie przewracając, i spojrzałem na Michaela z oszołomieniem, ale on tylko uśmiechnął się wesoło, po czym podał mi butelkę wody. Ponieważ po tym wyczerpującym meczu miałem ogromne pragnienie, pochłonąłem na raz ponad pół butelki. Gdy skończyłem pić, schowałem ją do swojej torby, a Mike powiedział:
- Słuchaj, zaraz idziemy z Johnym i Patrickiem do takiej małej knajpki na obiad. Chcesz iść z nami, czy mamusia goni cię do wyrka?
Zamrugałem szybko. Kurde, za sprawą Lawrence’a moje życie natychmiast zaczęło się zmieniać. Jeszcze parę dni temu nawet pomarzyć mi nie wypadało o czymś takim jak wyjście z kumplami do knajpy, a dzisiaj dostałem taką propozycję, jakbym dostawał je każdego dnia.
- Jasne, że nie goni! Głupi jesteś? – Po chwili wahania dodałem: - A Lawrence idzie?
- Tak. Powiedziałem chłopakom, żeby go zabrali. – Mike też się zawahał, ale za moment też dokończył: - Wiesz… na pewno by nie chciał, ale pójdzie, skoro ty idziesz.
Skinąłem głową, nie do końca wiedząc, co Michael ma przez to na myśli, a resztę drogi na zewnątrz pokonaliśmy w milczeniu. Teren szkoły był opustoszały, zresztą jak wszystkie korytarze, bo było już po zajęciach, tylko klub siatkówki zostawał dziś dłużej, ale od dzisiaj klub i tak już nie istniał.
- Znałeś Lawrence’a wcześniej? – zapytałem po kilku minutach.
- Tak, chodziłem z nim wcześniej do jednej klasy. Graliśmy razem w siatkę, w naszej starej szkole wiszą zdjęcia naszej drużyny wraz z pucharem. Pokażę ci je kiedyś, co? Ja, Patrick, Johny, Peter, Dominic i Lawrence unoszący dumnie nasz puchar w całym tym konfetti i wstążkach. Wtedy nawet Law się uśmiechał… Nigdy nie utrzymywał z nami jakichś specjalnych więzi, zawsze był sam, dlatego zdziwiłem się, jak wczoraj do mnie zadzwonił i powiedział, że do nas dołącza, a do tego przyprowadzi ciebie. Taaak… to było dziwne – westchnął i myślałem, że rozmowa się urwie, ale Mike nagle przystanął na środku parkowej alejki, którą szliśmy do centrum. – Aha… i Chris…? Tak naprawdę… na meczu wcale nie dawałem ci forów. Musiałem dać z siebie wszystko.
Uśmiechnął się lekko, zdejmując kaptur, a ja pierwszy raz w życiu byłem z siebie dumny.

sobota, 23 sierpnia 2014

Rozdział 4

Wyjście z ukrycia nie jest tak proste, jak się wydaje…

Do domu wracaliśmy tylko we dwóch. Reszta mieszkała w innych częściach miasta. Było już ciemno, a ponieważ ostatnio było bardzo pogodnie, dzisiaj na niebie także nie było żadnej, nawet najmniejszej chmurki, więc bez przeszkód mogłem patrzeć na gwiazdy i nadawać swoje własne nazwy przypadkowym konstelacjom, które tworzyłem z gwiazd na chybił trafił. Księżyc osiągnął dzisiaj nów, a przynajmniej do takiego doszedłem wniosku, gdy nie mogłem go nigdzie dostrzec. Szliśmy z Law’em w kompletnym milczeniu, ale w końcu moja zabawa mi się znudziła, a cisza przerywana rykami silników samochodów, które nas mijały, stała się męcząca.
Gdy patrzyłem w gwiazdy, zacząłem się zastanawiać, czy Arty na mnie patrzy z góry. Bo chyba powinien, prawda…? A może byłem w błędzie? Co, jeśli po śmierci nic nie było i przepadaliśmy w nicość, tak po prostu?
- Lawrence?
- Tak? – Law, który dotąd patrzył przed siebie i sprawiał wrażenie, jakby kompletnie nic go nie interesowało, spojrzał na mnie uważnie.
- Jak myślisz, co jest po śmierci?
- Cóż… - zwrócił oczy ku niebu wymijająco i już myślałem, że mi nie odpowie, ale myliłem się. – Nie umiem tego wyrazić… ale na pewno nie pustka, jeśli o to ci chodzi. Coś na pewno nas czeka, nie możemy po prostu przepaść, ot tak – pstryknął palcami.
- Rozumiem… - odszepnąłem z powagą, a Law posłał mi lekki uśmiech.
W zamyśleniu zszedłem z chodnika i prawie wszedłem pod samochód, który w ostatniej chwili zatrąbił na mnie, a ja odwróciłem się szybko. Reflektor zaświecił mi prosto w twarz, kierowca nie miał czasu, żeby zahamować, za to ja – idiota – nawet nie pomyślałem o odskoczeniu z powrotem na chodnik.
- Chris, do cholery! – krzyknął Lawrence, łapiąc mnie za ramiona i ciągnąc do tyłu pośpiesznie, tak że obaj upadliśmy na chodnik. – Tak bardzo chcesz się dowiedzieć, co jest po śmierci?!
Kiedy samochód, który o mało mnie nie przejechał, mijał nas, dostrzegłem wściekłe spojrzenie wielkiego, tłustego kierowcy.
- Matko, jesteś taki durny – zdenerwował się Law, a potem walnął mnie w brzuch, ale ja tylko roześmiałem się głośno, ukrywając twarz w dłoniach. Lawrence chyba zaczął się zastanawiać czy przypadkiem nie uderzyłem się w głowę i teraz mi nie odbijało. – Z czego się tak śmiejesz, idioto?!
- Wi… widziałeś jego… twarz?! – wykrztusiłem między atakami śmiechu. – Jak… Jak wściekła świnia…
Zgiąłem się wpół, śmiejąc się jak szalony. Pomyślałem, że zaraz Law uderzy mnie raz jeszcze, ale on także zaczął się śmiać. Widocznie mój śmiech był zaraźliwy. Najpierw Lawrence zachichotał tylko pod nosem, jednak chwilę potem obaj ryczeliśmy ze śmiechu, leżąc na chodniku. Ludzie mijający nas w samochodach pewnie myśleli, że zerwaliśmy się z jakiegoś szpitala psychiatrycznego albo dostaliśmy ataku padaczki, lecz, na nasze szczęście, nikt się nie zatrzymał.
- Dobra… u-uspokój się już – wydyszał w końcu Law, ścierając łzy śmiechu z twarzy.
- Ok, ok…
Podniosłem się na nogi, podając rękę Lawrence’owi, który, kiedy wstał, jeszcze raz uderzył mnie w brzuch.
- Za co?! – krzyknąłem, jedną ręką trzymając się za brzuch, a drugą popychając Law’a.
- Następnym razem patrz pod nogi. Kto cię uczył chodzić chodnikiem?! Jakiś samobójca, co wchodził wszystkim pod koła?!
- Z-zamyśliłem się tylko! – odparłem, rozcierając obolały brzuch, a potem marszcząc brwi, znów ruszyłem w stronę domu.
- To miałem powiedzieć w kostnicy? – mruknął Law już trochę spokojniej, doganiając mnie. – „Czy wiesz może, jak to się stało?” – „Cóż, po prostu się zamyślił”.
Wywrócił oczami, odgarniając włosy za ucho. Znów szliśmy w milczeniu, tym razem Law szedł po zewnętrznej stronie chodnika, a ja popchnąłem go ze złością. Lawrence się nie odzywał.
No tak, skoro zabronił mi cięcia się i jakiegokolwiek kroku w stronę samobójstwa albo samookaleczenia, jak miał zareagować, kiedy o mało nie wszedłem pod samochód? Niby mi powiedział, że każde życie jest ważne i tak dalej, ale prawdę mówiąc, tak naprawdę nie wiedziałem co siedziało mu w głowie. Może… ja go jakoś pociągałem, planował na mnie… gwałt?
Kiedy zerknąłem na niego podejrzliwie, głośno przełykając ślinę, stwierdziłem, że Lawrence jednak wygląda na takiego, co mógłby mnie gwałcić…
Cholera jasna, o czym ja myślę?! Mózgu, co jest?!
Moją twarz chyba wykrzywił jakiś wstrętny grymas, bo Law, spojrzawszy na mnie, przystanął i spytał:
- Co się stało?
- Eee… nic! Zupełnie nic! Tak sobie rozmyślam – powiedziałem, być może trochę za szybko - Jak w ogóle było u trenera? – dodałem zaraz, próbując odwrócić uwagę Law’a od tematu moich rozmyślań. Nie mogłem mu przecież powiedzieć, że myślałem o tym, czy wygląda na gwałciciela. To by było samobójstwo.
Law uśmiechnął się pod nosem, a potem znów zaczął iść z jakimś nieokreślonym wyrazem twarzy, który przyprawił mnie o dreszcze. Nigdy nie mogłem rozszyfrować, co w danej chwili czuje Lawrence – tak dobrze panował nad emocjami! Matko… żebym ja tak umiał…
- Kiedy do niego weszliśmy, myślał, że chcemy go przeprosić, ale my od razu walnęliśmy prosto z mostu. Myślałem, że oczy ze zdziwienia wypadną mu na biurko. Jak już się pozbierał, to nas zwyzywał od idiotów i matołów, ale my od razu wyszliśmy. Wtedy tylko rzucił za nami, że jeszcze tego pożałujemy i wrócimy do niego, błagając na kolanach o przyjęcie z powrotem.
Nie byłem przyzwyczajony, że ktoś coś dla mnie robił, więc mnie to zdziwiło i zrobiło mi się trochę żal chłopaków, że musieli zrezygnować ze swojej pasji albo wysłuchiwać obelg trenera. Tak jakbym im to specjalnie zniszczył…
- Law? Skoro tak dobrze grałeś w siatkę, dlaczego nie zapisałeś się na początku roku do drużyny? Przecież znałeś Mike’a i resztę.
To pytanie dręczyło mnie, od czasu, kiedy Michael powiedział, że Lawrence był taki dobry w siatkówce. Jeśli tak świetnie my szło, musiała to być także jego pasja. Gdybym był na jego miejscu, na pewno w liceum też bym się zapisał, może nawet jako pierwszy.
- Hm… Po prostu nie widzę się w roli sportowca. To nie dla mnie.
- Czemu? Przecież zajebiście grasz!
- Nawet nie widziałeś jak gram – mruknął, wyginając się, żeby nie potrącić ramieniem przechodzącego koło nas chłopaka.
- Ale słyszałem od Mike’a. Mówił, że byłeś głównym rozgrywającym. Sam to mówiłeś!
- I co z tego? Dla mnie gra w siatkę to raczej zabawa, a nie sposób na życie.
- To co chcesz robić?
- Pisać.
- Pisać?! – prychnąłem.
- A co w tym złego?
Zastanowiłem się przez chwilę. W zasadzie nigdy nie czytałem czegoś, co wyszło spod ręki Lawrence’a, więc nie wiedziałem jaki miał styl, ani czy nadawało się do wydania, ale też nie wyobrażałem sobie kogoś w moim wieku jako pisarza. Dla mnie to właśnie było zabawą, hobby. Jak moje rysowanie. Szło mi całkiem nieźle, ale wydawało mi się, że nikt nie chciałby czytać moich komiksów albo kupować obrazów, które namalowałem.
- Nic – odparłem w końcu. – Po prostu ja ciebie nie widzę jako pisarza.
- A jako kogo mnie widzisz? Siatkarza?
- No… tak. Według mnie bliżej ci do siatkarza niż pisarza.
- Wiesz co? Mam gdzieś taką opinię – powiedział cicho. -  Nie widziałeś jak gram, ani nie przeczytałeś chociaż urywka mojej pracy, więc na jakiej podstawie tak sądzisz.
Wzruszyłem ramionami.
- Jesteś wysoki i dobrze zbudowany, nadajesz się do gry w siatkę, masz talent. Dlaczego nie miałbyś na tym w przyszłości zarabiać?
- A wiesz jak ja to widzę? – Jego głos wydał mi się nagle bardzo ponury. – Pogram pięć-sześć lat w siatkę zawodowo, potem kontuzja albo z drużyny wypchnie mnie jakiś świeżak i tułaj się po świecie. Nikomu nie pali się do utrzymywania kontuzjowanego siatkarza, nie? Pisać mogę bez względu na wiek. Mogę nawet wykładać na studiach, jak zrobię doktorat.
- No tak… - rzekłem po chwili z rozmysłem. – Jeśli tak na to spojrzeć…
Ziewnąłem szeroko, a zaraz po mnie Lawrence także. Chyba zrobiło się późno. Kiedy otwierałem usta, żeby jeszcze coś powiedzieć, telefon Law’a zaczął wibrować i grać jakąś śmieszną melodyjkę. Co jak co, ale nie podejrzewałem go o taki dzwonek. Law odebrał szybko.
- Co tam?… Jutro? – zerknął na mnie – Czekaj, zapytam. – Odsunął komórkę od twarzy. – Masz jutro czas po zajęciach? – Gdy pokiwałem szybko głową,  powiedział cicho: - Tak mamy czas… Hm, może na hali, jak zwykle?… Ok… Na razie.
- Co jest? – zapytałem szybko.
- Chłopaki organizują trening, więc zapytali czy pasuje nam jutro.
Wytrzeszczyłem na niego oczy. Jaki trening?! Przecież drużyna nie istniała!
Lawrence na widok mojej miny roześmiał się głośno i ściągnął mi czapkę, a potem poczochrał mi włosy. Popchnąłem go lekko, odbierając czapkę.
- No co? Myślałeś, że potrzebujemy trenera, żeby grać? On i tak się tylko wydzierał. A poza tym, jak chcesz, możemy iść później na basen. Umiesz pływać?
- Trochę… Kiepsko mi idzie… - wymamrotałem nieskładnie pod nosem.
- To nic, nauczę cię.
Prawdę mówiąc, nie chciałem iść na basen. Musiałbym się przecież rozebrać, a wtedy Law zobaczyłby świeże rany na moich przedramionach. Tak, wstyd się przyznać, ale nadal się ciąłem.
- I wiesz… Miałem ci nie mówić – powiedział nagle tajemniczym tonem – ale Mike zaprosił dziewczynę, która może ci się spodobać.
Pomyślałem, że przyjaźń z gejem wcale nie jest taka niebezpieczna. Gdyby była, ta dziewczyna nawet nie miałaby okazji mnie zobaczyć. Byłem pewien, że gdyby Lawrence był o mnie zazdrosny, byłby w stanie nie dopuścić do jej spotkania ze mną.
- Och… - odparłem tylko, zastanawiając się jak się wymigać od tego basenu, jednak właśnie wtedy przystanęliśmy przed moim domem. Światło świeciło się tylko w salonie, więc ojca jeszcze nie było, ponieważ on wieczorami – jeśli był – przesiadywał w gabinecie. Czasami w ogóle nie wracał na noc. Dlatego moje kontakty z nim były bardzo ograniczone, mojej matki także. Zacząłem się nawet zastanawiać, czy rodzice nie mają jakichś kochanków, co było bardzo prawdopodobne. Byliby do tego zdolni, odkąd pamiętam, ich relacje nie były jakieś bardzo zacieśnione.
- To dobranoc… - mruknąłem cicho, a przez głowę przemknęła mi szalona myśl, aby cmoknąć Lawrence’a w policzek na pożegnanie.
O czym ja myślałem?! Znowu…
- Dobranoc – Law przybił mi piątkę, a później odwrócił się na pięcie i poszedł do siebie. Mieszkaliśmy niedaleko siebie.
- Cholera… ja i pływanie – mruknąłem do siebie, ukrywając twarz w dłoniach, po czym pobiegłem do domu, naciągając z powrotem czapkę na uszy.

Przydały by sie komentarze,  brak ich mi tu ;____;

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Rozdział 3


Pozwólcie zniszczyć mi siebie. Proszę…

Kiedy wstałem, byłem obolały, jakby mnie z krzyża zdjęli. Musiałem twardo spać, skoro nie usłyszałem sygnału sms’a. Lawrence odpisał. Około północy. Przetarłem sennie zaspane oczy i odczytałem sms’a.
ŚWIETNIE. TRZYMAJ SIĘ. DOBRANOC.
Zerknąłem na godzinę. 06:02.
Pogrzeb był o 12. Miałem jeszcze cztery godziny. Musiałem  zastanowić się porządnie, co włożę. Nie pójdę w garniturze, tego byłem pewien, takie ubrania to nie dla mnie.
Ale to potem. Na razie ograniczyłem się do wstania z łóżka i pójścia pod prysznic.
Arty, dlaczego?
Ziewnąłem szeroko, czując zawroty głowy i że jestem słabszy niż zwykle. To dlatego, że wczoraj zupełnie nic nie jadłem, a normalnie wpychałem w siebie jakąś kanapkę albo miskę płatków śniadaniowych, chociaż nawet wtedy czasami mdlałem.
Skuliłem się w strumieniu ciepłej wody, myśląc znowu nad tym wszystkim. Czemu Arty nie wytrzymał? Dużo razy zadawałem sobie to pytanie, bo Arthur był silniejszy psychicznie ode mnie, więc teoretycznie to ja pierwszy powinienem coś sobie zrobić, a ja wciąż miałem się dobrze. Jego śmierć bolała jak cholera z dwóch powodów.
Pierwszy: byłem do niego bardzo przywiązany, chociaż byliśmy tylko kuzynami.
Drugi: Arty obiecał, że mnie wyciągnie z doła, z mojej depresji.
Teraz już go nie było. Będzie mi go strasznie brakować, ale na wyjście z doła szansę miałem nadal, wczoraj ją zyskałem, kiedy poszedłem do Lawrence’a. Nie zamierzałem się poddawać. Jednak nie tak łatwo mnie wykończyć. Miałem chyba w sobie coś z karalucha.
Pod prysznicem siedziałem o wiele krócej niż zwykle. Po pół godzinie stamtąd wyszedłem i wróciłem do pokoju. Zerknąłem na telefon, gdy szukałem sobie tymczasowego ubrania. Przyszedł następny sms.
JAK SIĘ CZUJESZ?
Tak, to właśnie była moja szansa na wyjście z doła.
Ubrałem się szybko, żebym nie zdążył zmarznąć.
DOBRZE. – odpisałem.
NIE POCIĄŁEŚ SIĘ?
Już ubrany położyłem się na łóżku.
NIE. SPAŁEM JAK ZABITY.
JADŁEŚ COŚ?
Westchnąłem, stwierdzając, że faktycznie muszę coś zjeść, bo kręciło mi się w głowie, byłem słaby i zmarznięty bardziej niż zwykle. Było mi wiecznie zimno właśnie dlatego, że nie jadłem, chociaż to może wydawać się dziwne. Było mi zimno, bo organizm nie miał energii, żeby mnie ogrzać.
NIE. DOPIERO WSTAŁEM. IDĘ COŚ SOBIE ZROBIĆ.
Gdy to wysłałem, pomyślałem, że to brzmi jakbym chciał popełnić samobójstwo.
DO JEDZENIA – dopisałem po chwili.
*
To, że Arty’ego nie będzie przy mnie nigdy więcej uderzyło we mnie z całą dobitnością, kiedy trumna była jeszcze otwarta i można było iść go zobaczyć. Byłem przyzwyczajony, że leżą tam jacyś nasi dziadkowie albo wujostwo w starszym wieku… i chodziłem ich zobaczyć z Artym. Za każdym razem, kiedy cała nasza rodzina się spotykała, my z Artym trzymaliśmy się razem. A teraz to ARTY tam leżał.
Spojrzałem na trumnę z daleka i na jej widok jakbym dostał w twarz. Zatrzymałem się, a rodzice poszli dalej. Nie byłem w stanie go zobaczyć, nie martwego.
Nie zobaczę go nigdy więcej!
Boże, jak to się stało…
W jednej chwili cała moja nadzieja na wyjście z depresji zniknęła, jakby jej nigdy nie było, jakbym do Lawrence’a nie poszedł.
- Chris! – zapiszczała Lizzy, moja pięcioletnia kuzynka. Chwilę potem poczułem uścisk jej chudych ramion na wysokości moich ud. Odwróciłem się i wbiłem w nią tępe spojrzenie, próbując otrząsnąć się z szoku, a po chwili przy niej kucnąłem. Ubrana była w prostą czarną sukienkę, blond włosy miała spięte na czubku głowy w kucyk.
Większość osób z naszej rodziny miała jasne włosy.
Lizzy objęła mnie za szyję, a ja wziąłem na ręce. Uczepiła się mnie kurczowo. Jak na swój wiek była inteligentnym dzieckiem, więc nic nie mówiła, była całkiem cicho, specjalnie dla Arty’ego.
- Cześć, ciociu – wyszeptałem do Marthy, siostry mamy.
- Hej, Chris… - odparła cicho i ruszyła w stronę trumny, chociaż miała na to jeszcze mniejszą ochotę niż ja. 
Razem z Lizzy staliśmy z boku i tylko patrzyliśmy, jak przychodzą kolejne osoby.
Zacząłem się zastanawiać, jaki jest sens tego wszystkiego. Po co właściwie żyjemy. Po co ktokolwiek na świecie żyje? Jaki jest w tym cel?
Znów doszedłem do złotej myśli „Lepiej, żeby mnie nie było”.
Kiedy z kościoła, po mszy, szliśmy na cmentarz, który widziałem już kilkanaście razy, poczułem się jakby wokół mnie była pustka. Jakby wszystko dookoła mnie było iluzją, ludzie nie byli prawdziwi, a przedmioty i wszystko inne ze mgły. Jakby zacięła mi się gra, a moja postać nie mogła się uwolnić. Czułem się uwięziony w swojej głowie, moje ciało samo się poruszało, bez mojego udziału.
- Chris… - wyszeptała Lizzy, nadal tuląc się do mnie. – Arty był cudowny, prawda?
- Taa… - odmruknąłem, także bez mojej woli.
Arty był nie mniej uwielbiany przez kuzynostwo, niż ja.
- Kochałeś go?
Dlaczego musi zadawać takie pytania?!
- Tak, jak brata.
- Ja też… Będzie mi go brakować, wiesz? Tobie też?
Skinąłem tylko głową.
Na ceremonii pogrzebowej stałem z tyłu tak, żeby nie widzieć, jak Arthur znika w tej dziurze, bo miałem świadomość, że to byłoby ostatnie pożegnanie, że się nie zobaczymy, a jeśli tego nie będę widział, to tak, jakby coś zostało niedopowiedziane i Arty wróci, żeby to dokończyć.
Na pogrzebie czułem się niesamowicie żywy. Jak jeszcze nigdy.    
Po wszystkim podeszła do mnie Mary. Ubrana w czarną sukienkę, rude włosy miała rozpuszczone, sięgały łopatek. Była piękna, ale jednocześnie wyglądała żałośnie. Oczy miała zapuchnięte i zaczerwienione od płaczu, na policzkach ciągnęły się szkliste smugi po wyschniętych łzach, a wciąż pojawiały się nowe.
- Chris… Co ja teraz zrobię…? Jak sobie bez niego poradzę…
- Chodź, Chris cię przytuli – wyszeptała Lizzy z lekkim uśmiechem dziecka, które jeszcze niewiele rozumie. Wypuściłem ją z objęć, a ona pobiegła do ciotki Marthy. Podszedłem do Mary, która natychmiast wtuliła się we mnie mocno i zaczęła płakać, mocząc mi bluzę łzami.
Tak, włożyłem jeansy i bluzę. Ktoś mógłby uznać to za brak szacunku, ale ja wiedziałem, że Arty by powiedział: „Stary, daj sobie z tym spokój. W garniaku wyglądasz beznadziejnie”. 
Nadal czułem się, jak w pustej przestrzeni, ale przytuliłem Mary, opierając podbródek na czubku jej głowy.
- Wszystko będzie dobrze, siostrzyczko…
*
Wróciłem do domu od razu. Autobusem. Nie mógłbym znieść tych fałszywych wyrazów współczucia, udawanej rozpaczy i kłamstw dorosłych, którzy już przed pogrzebem układali najróżniejsze wersje wydarzeń i podawali wszystkie możliwe powody dlaczego Arty się zabił, chociaż gówno wiedzieli, ale upierali się, że mówią prawdę.
Prawdziwą wersję znałem tylko ja i Mary.
Zamknąłem się w pokoju, mimo że byłem sam w domu, ale to po prostu z przyzwyczajenia, włączyłem telefon i napisałem do Lawrence’a.
NIE MAM SIŁY.
Wiedziałem, że gdzieś w szufladzie biurka mam żyletki, na taki właśnie przypadek, gdyby nie chciało mi się szukać w łazience. Poszedłem po nie, zostawiając komórkę na łóżku. Po chwili zaczęła wibrować, więc poszedłem odebrać. Lawrence.
- Co się stało? – spytał cicho z tą swoją cierpliwością i opanowaniem.
- No… byłem na tym pogrzebie… i to wszystko nie ma sensu… to ja powinienem tam dzisiaj leżeć… - wymamrotałem.
- Pieprzysz. Jesteś w domu sam?
- Taa…
- Zaraz przyjdę.
Rozłączył się. Patrzyłem tępo w ekranik komórki, a po chwili rzuciłem ją na fotel.
Po śmierci Arty’ego byłem całkiem zagubiony, tylko to stłumiłem. Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić i jak poradzić sobie bez niego.
Arty, zabiłeś mnie…
*
- Chris… Chris, żyjesz? Chris! – Lawrence potrząsnął mną mocno, a ja sennie otworzyłem oczy. – Ty idioto.
Spoliczkował mnie mocno, a potem zebrał z łóżka żyletki i wyrzucił je przez otwarte na oścież okno. Sam musiał je otworzyć, ja nigdy nawet go nie uchylałem, kiedy byłem w środku, bo było mi za zimno.
Położyłem dłoń na piekącym policzku.
Spojrzenie Lawrence’a, które było ostre jak odłamki szkła, padło na pustą fiolkę po tabletkach nasennych. Kiedy ją zobaczył, po chwili bezruchu złapał mnie za ramiona i podniósł na wysokość swojej twarzy, a ja ledwo klęczałem na tym łóżku, byłem zbyt… zmęczony. – Wziąłeś całą fiolkę?! - Nie czekając na moją odpowiedź, której i tak nie zamierzałem mu dawać, zapytał: - Gdzie łazienka?
- Naprzeciwko…
Musiałem usnąć, ale spałem bardzo krótko, bo Law mieszkał blisko mnie i szybko przyszedł. Poza tym, krew nadal ciekła z wąskich cięć po żyletce. Minęło tylko kilka minut. Moja krew wolno krzepła.
Lawrence otworzył drzwi naprzeciw mojego pokoju i z trudem zaciągnął mnie do łazienki. Niemal usnąłem w jego ramionach, ale Law spoliczkował mnie mocno, co trochę mnie rozbudziło, po czym, nachylając mnie nad kiblem, na siłę wepchnął mi palce do gardła, przez co mój żołądek przeszył dziwny dreszcz. Kiedy próbowałem zwymiotować te wszystkie tabletki, Law zaczął czegoś szukać w szafkach, a ja powoli wstałem z klęczek, ocierając usta, podszedłem do okna i otwarłem je szeroko, żeby zaczerpnąć powietrza. Było mi słabo…
- Siadaj – nakazał mi Law cicho, wskazując na łóżko, kiedy wróciliśmy do mojego pokoju. Wziął z łazienki bandaże, watę i wodę utlenioną.
Usiadłem, nie protestując, nie mówiąc ani słowa, a on zajął miejsce obok mnie, chwycił mnie za rękę, a kiedy ułożył ją sobie na kolanach, zaczął przemywać ją wodą utlenioną. Szarpnąłem się, bo zaczęło bardzo szczypać, ale Law przytrzymał mnie mocno, kontynuując.
- Czuję się beznadziejnie – wyszeptałem ledwo poruszając spierzchniętymi ustami.
- Domyśliłem się – odparł sucho Lawrence. – Dlaczego?
Milczałem.
- Chris…? – spytał już łagodniej. – Chris, miałeś mi zaufać. Powiedz.
Kiedy bandażował moją rękę, zebrałem się w sobie i zacząłem opisywać, jaki jestem zagubiony, chociaż nie wiem, czy Law coś z tego zrozumiał, bo mówiłem, jak potłuczony, bez ładu i składu. A Lawrence, wysłuchawszy wszystkiego w milczeniu i ze spokojem, powiedział:
- Teraz masz mnie, nie zapominaj o tym. Obiecałem, że ci pomogę.
- Ale, Law! Ty nic nie rozumiesz! Arty też obiecywał, dużo więcej! I żadnej z tych obietnic nie spełnił! Obietnice nic nie znaczą!
- Nie jestem Artym. Dla mnie obietnice dużo znaczą i ja cię nie zostawię. Przysięgam na własne życie.
- Dlaczego…?
Law uśmiechnął się lekko i starannie zawiązał bandaż.
- Zadajesz głupie pytania. Wyjaśniałem ci to już. To, dlaczego cię lubię, też. A teraz ty mi obiecasz, że już nie będziesz próbował samobójstwa.
Odwróciłem wzrok i mruknąłem wymijająco:
- Dobra tam…
- To nie jest obietnica. Wyraźnie i głośno.
Naciągnął bluzę na moje opatrzone i obandażowane przedramię. Dalej wydawało mi się dziwne, że tak się o mnie troszczy. Nie chodziło mi o to, że był gejem, czy coś takiego, wydawało mi się dziwne, że KTOKOLWIEK się o mnie martwi. 
- Obiecuję, że się już nie potnę.
- Na razie może być. Jak już przyszedłem, to może coś porobimy? Pogramy na konsoli?
Opadłem na plecy i zamknąłem oczy.
- Chcę spać…
- Nie ma spania, nie po tych tabletkach – odparł natychmiast Law, potrząsając mną, a ja z westchnieniem podniosłem się, przecierając klejące się oczy.
Obaj usiedliśmy z powrotem i trwaliśmy przez krótki moment w milczeniu, a potem Lawrence oznajmił:
-  Zapisujemy się do klubu siatkówki.
Spojrzałem na niego jak na debila. Ja i siatkówka… To jakaś kpina! Zemdlałbym już na początku pierwszego seta, przecież prawie nie jadłem. Ale Lawrence wydawał się z tego pomysłu całkiem zadowolony, jeśli nie zachwycony. Zaczynałem się go bać…
- Jesteś pewien?
Ale Law jedynie skinął głową i już wiedziałem, że od jutra będę musiał jeść, żeby nie trzeba było wieźć mnie do szpitala. Po raz kolejny. Postanowiłem zjeść coś natychmiast, abym zdążył nagromadzić wystarczająco energii i nie zbłaźnić się na pierwszym meczu, jak ostatni matoł. Kiedy zeszliśmy do kuchni i ja przeszukiwałem szafki, a Law lodówkę, ojciec wrócił z pogrzebu, co wydało mi się dziwne. Wrócił sam, bez matki… No cóż, ostatecznie to jej siostrzeniec został dziś pochowany, ojciec uważał, że nie ma nic do tego, ale on również się zdziwił, widząc obok mnie Lawrence’a, który natychmiast się wyprostował i się przywitał.
- Dzień Dobry – odparł ojciec, a potem zwrócił się do mnie: - Kto to jest?
- Kolega z klasy… - wymamrotałem, powoli zamykając szafkę z płatkami śniadaniowymi, chociaż nie wiem czego tam szukałem, skoro mieliśmy zrobić obiad.
- No tak… zapisujemy się do szkolnego klubu i chciałem jeszcze o tym z Chrisem pogadać, sam pan rozumie – mruknął lekko Law, ani myśląc o zaprzestaniu przeszukiwania lodówki. Przestał dopiero, gdy kopnąłem go w kolano.
- Może byś się przedstawił, młotku… - syknąłem.
- No tak… Nazywam się Lawrence Carter, miło mi pana poznać.
Kurde… ja nigdy bym się tak nie odezwał do czyjegoś ojca. Co najwyżej wymamrotałbym coś pod nosem, czego nikt by nie zrozumiał. A Law patrzył odważnie na mojego, który, bądź co bądź,  był ogromnym facetem o groźnym spojrzeniu. Miał nawet drugi podbródek. Ale za to był prezesem ogromnej firmy, choć ostatecznie nie interesowałem się czym się zajmowała.
Ojciec zdjął marynarkę i rzucił ją na oparcie jednego z pięciu krzeseł przy dębowym stole. Nie byłem pewien jakie dokładnie wrażenie sprawił na nim Lawrence, ale grzebanie w naszej lodówce bynajmniej mu nie pomagało, choć ojciec lubił wygadanych ludzi.
- Co robicie? – spytał z ponurym wyrazem twarzy, rozpinając mankiety koszuli.
- Obiad – odparł Lawrence, a potem znów zniknął w naszej lodówce. Swoją drogą, wolałbym, żeby związał te włosy, bo jak ojciec znajdzie później jakiegoś w jedzeniu, to Law całkiem straci w jego oczach. Zostanie zdegradowany do roli włochatego szkodnika przeszukującego cudze lodówki.
- Naprawdę…? – mruknął bez zainteresowania ojciec, po czym wziął marynarkę, a wychodząc z pokoju, rzucił przez ramię: - Tylko, żeby był dobry…
Kiedy znów zostaliśmy we dwóch z powątpiewaniem zerknąłem na Lawrence’a, który zamknął lodówkę nogą, ponieważ ręce miał zajęte kartonem mleka i pomidorami. Odłożył je na blat, a później podszedł do szafki i wyjął paczkę makaronu.
- Co? – mruknął do mnie, gdy podchwycił moje spojrzenie. Następnie schylił się i zaczął przeszukiwać dolne półki w poszukiwaniu garnków.
- Umiesz gotować? – spytałem w końcu, wyjmując z szuflad noże oraz deskę do krojenia. Matka zabiłaby nas, gdybyśmy zostawili na blacie chociaż jedną ryskę.
Law napełnił jeden garnek wodą. Gdy wstawił go na kuchenkę i włączył ogień, odparł po prostu:
- Nie.
A później nakrył garnek pokrywką.

Jeśli ktoś to czyta to proszę o komentarz :D

sobota, 16 sierpnia 2014

Rozdział 2

Śmierć to najlepsze, co dostajemy od życia.


Siedzę w pokoju, jest całkiem ciemno i zimno. Nie ma mnie kto podnieść z podłogi. Płaczę. Łzy ciekną mi po policzkach i oprócz tego nie istnieje dla mnie już nic. Nikt nigdy tego nie zauważa, ani że dygoczę, leżę sam na podłodze. Jest taka zimna, a nowy telefon leży na biurku. Nawet nie wiem, jak go użyć, bo nie mam po co. Przecież nikt nie napisze ani nie zadzwoni.
Leżę na plecach z zamkniętymi oczami, mając nadzieję, że już się nie obudzę. Byłoby cudownie.
Nie będzie lepiej, jestem tego pewien, czasem tylko mam napad euforii i nadzieję na lepsze jutro, chociaż normalnie boję się każdego nadchodzącego dnia. Sypiam tylko parę krótkich godzin, a resztę nocy po prostu leżę z zamkniętymi oczami i czekam na śmierć, ale ona nie przychodzi, choć tak bardzo ją o to proszę. Dlaczego mojego życia nie może dostać ktoś, kto byłby szczęśliwy, byłoby lepiej dla mnie i dla niego?
Dlaczego mnie nie słuchasz?
I czasami krzyczę! Krzyczę jak opętany! Ale w pustą przestrzeń… Nie ma nikogo, kto mógłby to usłyszeć, nikogo, kto dawałby mojemu sercu powód, aby biło, mocno i z całych sił.
Nikt mnie nie słyszy…
Ja pierdolę!
Za to ja słyszę wszystko doskonale.
Słyszę śmiech i szczęście, co dobija mnie jeszcze bardziej.
Dopiero nad ranem podnoszę się z podłogi i idę pod prysznic, żeby umyć twarz i zmyć krew z rąk. Kulę się pod prysznicem, w strumieniu gorącej wody. To jedyne ciepło, jakie dostaję. Marzę, żeby umrzeć w tym cieple, zamknąć oczy, nigdy się nie obudzić, śnić o szczęściu… Pod prysznicem siedzę najdłużej, jak mogę, przecież kiedy stamtąd wyjdę, znowu będzie zimno.
Ubieram się.
Biorę kanapkę na drugie śniadanie, którą i tak wyrzucę do kosza.
Wychodzę do szkoły.
Wracam do domu.
Martwy.
I… tak mi zimno.
Idę spać, żeby nie myśleć, chociaż tylko leżę zwinięty w kłębek i nic nie czuję. Ciekawe, czy gdyby ktoś wiedział, jak bardzo nienawidzę swojego życia, to by mi ulżył i je zabrał?
Ale i tak nikt tego nie słyszy.
Pozwólcie mi zniszczyć siebie. Proszę…
*
Wyszedłem spod prysznica.
Od czasu, kiedy zadzwoniła Mary, mówiąc mi o śmierci Arty’ego, minęły 3 dni. Jutro pogrzeb. Nie wiedziałem, czy chcę jechać.
Wróciłem do pokoju, żeby się ubrać w coś ciepłego, by nie było mi zimno. W grubą bluzę, jeansy i trampki. Zarzuciłem plecak na ramię, poszedłem do kuchni po kanapkę, powiedziałem matce „cześć”. Nie odpowiedziała. Wyszedłem przed dom, patrząc na czubki swoich butów.
- Cześć, Chris.
- Haa?!
Podniosłem zdziwiony wzrok i aż podskoczyłem. Spodziewałem się każdego, ale nie jego! Nie Lawrence’a…
- Cz-cześć – wykrztusiłem, obciągając rękawy bluzy na zziębnięte dłonie. – Co tu robisz?
Jeśli dalej będę odpowiadał w ten sposób, Lawrence pomyśli, że się jąkam.
- Pomyślałem, że pójdziemy razem do szkoły. Nie za gorąco na taką bluzę? – spytał zerkając na słońce, a ja spojrzałem na jego bezrękawnik. Aż mnie przeszedł dreszcz.
- Nie. Zimno mi.
- Wszystko w porządku? Dobrze się czujesz?
Lawrence, gdybyś tylko wiedział…
- Tak – skłamałem, a on podszedł do mnie, przyglądając mi się badawczo.
- Dlaczego kłamiesz?
- Nie kłamię. Wszystko ok.
- Idziemy dziś po lekcjach do mnie – świadczył nagle. Myślałem, że się przesłyszałem, więc wykrztusiłem tylko „co?!”, całkiem zaskoczony, a Lawrence powtórzył cierpliwie: - Idziemy do mnie. Głuchy jesteś?
- Nie mogę dzisiaj…
- Nie pytałem, czy możesz – wzruszył ramionami.
Wyglądało na to, że chciał mnie do siebie zaciągnąć siłą. Jaki miał w tym cel? Przecież odkąd pamiętam, nienawidził mnie. Raz, gdy przez przypadek wpadłem na niego na korytarzu, zmieszał mnie z błotem na oczach połowy szkoły!
Od razu wyobraziłem sobie, jak Lawrence zamyka mnie w swoim pokoju, zakuwa mnie w łańcuchy i torturuje do końca moich dni.
O czym ja, do cholery, myślę?!
- Nie jestem - wymamrotałem w końcu, odwracając wzrok, bo miałem wrażenie, że Lawrence domyślił się, co właśnie sobie wyobraziłem.
- Spaghetti?
- Co? – zdziwiłem się.
- Lubisz spaghetti?
- A co to ma do rzeczy?! – krzyknąłem ze zniecierpliwieniem.
- Chyba lepiej, żeby moja matka zrobiła to, co lubisz. Ciągle zamierzasz się głodzić?
- Nie twoja sprawa – burknąłem.
Co to miało być?! Obiad na przymus?! U obcych ludzi? U LAWRENCE’A?!!!
Osłupiały patrzyłem, jak Lawrence wybucha śmiechem. Głupi był, czy jak? Nie skomentował mojej odpowiedzi. Zamiast tego zarzucił mi ramię na szyję i uwiesił się na mnie, a potem zaczął iść do szkoły, a ja razem z nim. Albo był strasznie silny, albo mi się tak wydawało przez to, że mało jadłem.
- Chodź, bo się spóźnimy – powiedział, zostawiając moją głodówkę i bluzę w spokoju. Już na powrót był sobą, nie spojrzał na mnie ani razu podczas drogi do szkoły, ani się nie odezwał.
Był całkowicie i do szpiku kości dziwny…
*
- Po co właściwie do ciebie idziemy? – wymamrotałem, wlokąc się za Lawrencem do jego domu, a swoją drogą, Lawrence bez swojego chłodu i dumy był całkiem fajny.
- Zobaczysz. Na razie zjemy obiad – rzekł tajemniczym tonem. Za każdym razem odpowiadał tak samo, z tym samym spokojem, chociaż pytałem go już kilka razy. – Może jednak zdejmiesz ten worek pokutny? – zaproponował, znowu wymownie patrząc na słońce. Dzień był niezwykle gorący.
- Nie! – natychmiast otuliłem się szczelnie bluzą, niczym kokonem, jakby Lawrence chciał ją na siłę ze mnie zerwać.
- Jak chcesz…
Law mieszkał w dużym, piętrowym domu zbudowanym z czerwonej cegły. Miał mały ogródek, w którym rosły przeróżne gatunki roślin. To na pewno jego matka zajmowała się kwiatami, bo Lawrence był zainteresowany tylko pisaniem. Wokół domu był także gęsty żywopłot, a do drzwi głównych prowadził podjazd wysypany drobnym, kremowym żwirkiem.
Kiedy weszliśmy do korytarza, Lawrence rzucił swój plecak niedbale na podłogę, ja swój obok, a potem poszliśmy do kuchni.
- Cześć, mamo – Lawrence znowu stracił całą swoją wesołość i był chłodny. Jego humory zmieniały się przy mnie jak w kalejdoskopie. W szkole zawsze był lodowaty, natomiast gdy był ze mną, czasami żartował albo lekko się uśmiechał, odgarniając włosy za ucho, trzymając zeszyt pod pachą.
- Dzień dobry…
- Hej, chłopcy, siadajcie.
Matka Lawrenca, Monica Carter, była niską pulchną kobietą. Wydawało mi się, że uśmiech miała przyklejony do twarzy. Pomyślałem, że Lawrence musi być bardzo podobny do ojca, bo między matka a synem nie dostrzegłem żadnego podobieństwa, ani z wyglądu, ani charakteru.
- Siadaj, Chris – powiedział Lawrence, zajmując miejsce przed swoją porcją parującego spaghetti. Usiadłem naprzeciwko niego i zerknąłem na swój talerz, przełykając nerwowo ślinę.
- Smacznego – powiedziała matka Lawrence’a, a my odpowiedzieliśmy jej jednocześnie, po czym wyszła. Law zaczął jeść, a ja tylko gapiłem się na makaron, bo wiedziałem, że nic nie przełknę.
- Dlaczego nie jesz? Nie lubisz? – spytał Lawrence.
- Nie, po prostu mi się nie chce.
- Naprawdę? Po ośmiu godzinach w szkole bez kanapki nie jesteś głodny?
- Mhm…
Law odstawił swój talerz, wstał i pociągnął mnie mocno za kaptur. Wyrwałem mu go i poszliśmy do jego pokoju.
Było to duże pomieszczenie z jasnymi ścianami, dużymi oknami i naprawdę ogromnym telewizorem, prawie na pół ściany. Łóżko też miał duże, na biurku, które stało tuż przy największym oknie, piętrzyły się grube zeszyty i długopisy, a na podłodze zgniecione kartki papieru, albo ich strzępy. Lawrence zamknął drzwi na klucz, a potem bez wciskania żadnego kitu, powiedział:
- Zdejmij bluzę.
- Po co…?
Jeżeli bym ją zdjął, to Law zobaczyłby wszystkie cięcia po żyletkach, których było jeszcze więcej, niż normalnie, bo śmierć Arty’ego strasznie mną wstrząsnęła. Nie chciałem, żeby je oglądał, sam zresztą tego nie chciałem…
- Zdejmuj i pokaż ręce.
Westchnąłem, godząc się z tym, że w końcu sam by ją ze mnie zdjął, czy bym mu pozwolił, czy nie. Wiedziałem, jaki był… Ściągnąłem bluzę i rzuciłem ją na łóżko, a potem wyciągnąłem obie ręce w stronę Law’a. Podszedł bliżej i przyjrzał się dokładnie moim przedramionom.
- Tak myślałem – odezwał się w końcu. – Dlaczego…? Co się u ciebie dzieje?
- Nie będę ci o sobie opowiadał – burknąłem, biorąc z powrotem bluzę. – To nie twoja sprawa.
- Chcę wiedzieć.
- Nic mnie to nie obchodzi!
Włożyłem z powrotem bluzę, ale Lawrence chwycił mnie za rękaw i ściągnął ją ze mnie ponownie.
- Nigdzie nie pójdziesz – powiedział od razu, jakby z groźbą, ale po chwili westchnął, masując palcami skroń i wyszeptał z zamkniętymi oczami: - Chris, ja ci chcę pomóc, nie wmawiaj sobie jakichś bzdur. To, co o mnie słyszysz w szkole, to nie jest prawda. Pogubiłeś się, a ja ci chcę tylko pomóc.
Wyciągnął klucz z zamka drzwi i schował do tylnej kieszeni spodni, a moją bluzę włożył na siebie i usiadł na fotelu z białą puchową narzutą.
Usiadłem na łóżku z obrażoną miną i milczałem. Nie miałem zamiaru mu się zwierzać! Ale im dłużej siedziałem i im dłużej on na mnie patrzył, czekając cierpliwie, aż zacznę mówić, tym bardziej chciałem mu powiedzieć.
- Ale nie powiesz nikomu…? - wyszeptałem w końcu.
- Chris, popatrz na mnie. Ja nie mam komu powiedzieć.
Też prawda. On nie miał w ogóle nikogo.
Odchrząknąłem nerwowo, bawiąc się palcami i zacząłem opowiadać z trudem składając słowa w zdanie. Jak ognia unikałem wzroku Lawrence’a.
- No to… przeprowadziłem się tu jakiś czas temu… i… tego…
- Czekaj, czekaj – przerwał mi od razu Law. Podszedł do mnie, oddał mi bluzę i usiadł koło mnie. – Chris, nie denerwuj się, to nie przesłuchanie. Mów, co czujesz, bez ściemy.
Odetchnąłem głęboko, okrywając się bluzą i położyłem na plecach, wgapiając się w sufit.
- Nigdy jakoś mnie nie ciągnęło do ludzi, ale do tego roku trzymałem z Leo Whitem. Zawsze. I wtedy przez myśl mi nie przeszło, żeby się ciąć albo głodzić. Ale na rozpoczęcie roku szkolnego już poszedłem sam, bo Leo wyskoczył z okna, nie mógł znieść codzienności, tak jak ja teraz. Kiedy się zabił, nie umiałem się z tym pogodzić i wtedy wszystko się zaczęło, ale rodzice zapisali mnie do psychologa, tylko, że jak w szkole się o tym dowiedzieli, to wszystko się rozsypało, wzięli mnie za psychopatę i tak dalej… resztę sam znasz.
Lawrence skinął głową.
- Opowiadaj dalej.
- Co dalej?
- To przecież nie wszystko. Opowiedz mi wszystko o sobie, wszystko co wydarzyło się od początku roku szkolnego. W twojej głowie…
Zamknąłem oczy. Już samo wspomnienie tego, co powiedziałem dotąd, nie było przyjemnie.
- Chris, od tego będzie ci lżej. Możesz śmiało mówić, przecież tego potrzebujesz.
Nie jestem do końca pewien, ile zajęło mi sklecenie tego wszystkiego w mniej więcej składną opowieść. Opowiadałem, jak Brian i reszta znęcali się nad taką nędzną ciotą jak ja i wyjaśniłem całą sprawę z Artym. A po wszystkim naprawdę zrobiło mi się lepiej i uświadomiłem sobie, że opowiadałem bardzo długo jak na kogoś, kto zazwyczaj się nie odzywa. Lawrence przez kilka minut nie odzywał się, układając sobie wszystkie fakty w jedną całość, bo mówiłem urywkami. Pomyślałem, że dobrze, że nie robił notatek, bo czułbym się jak beznadziejny przypadek opisany tuż przed śmiercią.
Lawrence wreszcie wstał, podszedł do biurka i spomiędzy swoich zeszytów wyciągnął mój, który od razu poznałem po porysowanej okładce.
- Zdziwiłem się, jak mi go oddałeś i powiedziałeś, że mogę to spalić. Gdybyś czuł się dobrze, nigdy byś mi nie oddał swoich rysunków.
Wrócił na łóżko i oddał mi szkicownik.
- Swój portret wyrzuciłem.
Skinąłem głową.
- Po co kazałeś mi to wszystko mówić? – spytałem. – Czemu chcesz mi pomóc?
- Dlaczego? – prychnął Lawrence. – Bo życie jest piękne.
Co? Jak mógł mówić takie rzeczy? Znał samotność lepiej niż ja, miał gorzej, ale mimo to twierdził, że życie jest piękne! Chyba naprawdę miał źle w głowie.
- Co ty pieprzysz?
- To, co słyszysz. Wystarczy, że się rozejrzysz, Chris. Tylko otwórz oczy.
- Odwaliło ci – wymamrotałem, po czym podszedłem do drzwi z zamiarem wyjścia, ale zapomniałem, że były zamknięte, więc byłem skazany na Lawrence’a, bo jego pokój znajdował się na piętrze, a ja byłem osłabiony i gdybym wylazł przez okno, to prędzej bym się zabił, niż uciekł do domu, a ja wbrew pozorom bałem się samobójstwa.
Przynajmniej na razie.
- Posłuchaj mnie. Wystarczy, że robisz coś, co daje ci najmniejszą radość, wtedy jest już o wiele łatwiej. Jeśli żyjesz dla kogoś, będzie ci lżej, bo sobie mówisz, że „byłby ze mnie dumny”.
Usiadłem z rezygnacją na fotelu.
- Nie słuchałeś. Ja nie mam dla kogo.
- Słuchałem – zamilkł na chwilę, a po namyśle spytał cicho: - Czy przysięgniesz, że nikt nie będzie płakał na twoim pogrzebie?
- Nie – odparłem bez zastanowienia, ale nad tym pytaniem nie musiałem długo myśleć. Mary na pewno by płakała. I większość moich kuzynów, którzy mnie bardzo lubili, większość była młodsza ode mnie. Przy nich zawsze dużo się śmiałem, byłem szczęśliwy, a oni mnie kochali za to, że robiłem z nimi różne fajne rzeczy, jako najstarszy, zabierałem ich w różne miejsca, na przykład nie było jeszcze wakacji, żebyśmy nie byli kilka razy w wesołym miasteczku i nad morzem albo jeziorem. Wakacje z kuzynami zawsze wspominałem dobrze, bo, jak to ujął Lawrence, pokazywałem komuś, że „życie jest piękne”.
Ale z kuzynami widywałem się tylko we wakacje…
- Widzisz? Dla tych, którzy by płakali, musisz się postarać – powiedział Lawrence. – Nie ma nic gorszego, niż sprawienie przykrości najbliższym.
- Lawrence… ale ja się czuję, jakbym już umarł…
- Teraz to ty pieprzysz. Pokażę ci, że wcale nie umarłeś.
Co on zamierzał? Przekręciłem się w fotelu i spojrzałem na niego uważnie. Aż się przestraszyłem! Lawrence z uśmiechem wyglądał strasznie… Złowieszczo.
- Co?
- Wyciągnę cię z tego cholernego bagna i pomogę odżyć.
- Głupi jesteś?! Daj mi święty spokój! Poradzę sobie sam! – podszedłem do drzwi i jeszcze raz szarpnąłem klamkę, ale dalej musiałem siedzieć w pokoju z tym świrem.
- Naprawdę? – spytał kpiąco, podchodząc do mnie. Podciągnął rękawy mojej bluzy i pokazał mi moje własne rany. – To jest twoje „poradzę sobie sam”?
Wyrwałem się mu, naciągając rękawy z powrotem.
- Świetny pomysł – zakpił.
- Nie potrzebuję twojej pomocy!
- Dlaczego przyjaźń ze mną wydaje ci się taka straszna?
Zamilkłem. Staliśmy naprzeciw siebie, a on pomógł mi sobie coś uświadomić. Naprawdę bałem się z nim zakumplować. Przyjaźń z gejem wydawała mi się niebezpieczna i czułem w kościach, że nie wyjdzie z tego nic dobrego, choćby, dlatego, że w szkole znienawidziliby mnie jeszcze bardziej i dręczyliby coraz gorzej.
Chciał wiedzieć, więc mu powiedziałem, co o tym sądzę.
- Rozumiem. Ale czy myślisz, że w szkole mogą cię znienawidzić bardziej? Poza tym, oni cię poniżają, a ja nie mam żadnego powodu, żeby cię krzywdzić. Też jestem sam i też potrzebuję jakiegoś towarzystwa, mimo tego jak na co dzień się do ludzi zwracam.
- To twoja wina, że jesteś sam! Bo jesteś taki… - zacząłem, ale urwałem speszony, czując, że za daleko bym się posunął.
Lawrence uniósł brew, skrzyżował ręce na piersi i spytał:
- No jaki?
- No… tego…
Pierwszy raz od dłuższego czasu zrobiło mi się gorąco, gdy krew napłynęła mi na twarz ze wstydu.
- Powiedz. Nie zamorduję cię.
- Taki lodowaty i arogancki… i traktujesz ludzi z góry, jakbyś był niewiadomo kim.
Ale przynajmniej teraz może wyrzuci mnie z domu i nie będę musiał z nim siedzieć.
- Dasz mi swój numer? – spytał Lawrence, jakby tamtego w ogóle nie słyszał.
- Eee… nie pamiętam… mam nowy od wczoraj.
Zaraz! To już przesada! Najpierw Lawrence zabiera mnie do siebie na obiad, potem urządza jakąś cholerną terapię, a teraz mianował się moim ochroniarzem i chce numer mojej komórki?!
Law podszedł do biurka i wziął jedną z kartek, których tam było pełno, coś na niej zanotował, po czym dał ją mi. Zerknąłem na nią.
- To mój numer – wyjaśnił. Napisz do mnie, jak wrócisz do domu, bo nie masz telefonu przy sobie, nie?
Pokręciłem głową, patrząc na numer.
- Zaufaj mi, ok? Chris, zaufaj mi, proszę…
Zacząłem się zastanawiać, czy nie najadłem się jakichś grzybów i czy nie miałem teraz halucynacji.
Jak właściwie do tego doszło? Jak znalazłem się w tak głupiej sytuacji?
- Mógłbym już iść do domu…? – wykrztusiłem w końcu.
- Mhm. Nie będę cię tu trzymał siłą. Zobaczymy się jutro w szkole – odparł, otwierając drzwi, trochę zły, że mu nie odpowiedziałem.
- Ale jutro mnie nie będzie… Jadę na pogrzeb Arty’ego.
- Dobra. To napisz, jak wrócisz, dam ci notatki.
- Ok. Nara…
Wsunąłem numer Lawrence’a do kieszeni bluzy. Kiedy wziąłem swój plecak z korytarza, wyszedłem na ulicę.
Nie poszedłem prosto do domu, tylko przejść się. Musiałem przemyśleć to wszystko na spokojnie. Łaziłem po mieście, aż zrobiło się ciemno, a potem wróciłem do domu, bo wiedziałem, że w tym mieście lepiej się nie włóczyć wieczorami po ulicach. Nigdzie nie było łatwiej o napaść.
W każdym razie, doszedłem do wniosku, że gdybym był na miejscu Lawrence’a, to uznałbym się za całkowitego idiotę. Chciałem odtrącić jego wyciągniętą z pomocą dłoń i dalej żyć jak ten odosobniony psychopata, którego wszyscy się boją i czują do niego wstręt. Teraz sam się sobie dziwiłem, że nie zgodziłem się na jego propozycję od razu. To naprawdę było łatwe. Wystarczyło, żebym mu zaufał i wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie. To było takie proste…
- Cześć! – krzyknąłem do rodziców, którzy byli w salonie.
- Cześć! – odkrzyknęli i, tak jak myślałem, nawet się nie przejęli, czemu wróciłem dopiero wieczorem.
Poszedłem do swojego pokoju, zostawiając plecak koło drzwi, i zająłem się szukaniem telefonu. Znalazłem go pod stertą rysunków, które robiłem przez pół nocy, gdy nie spałem. Rysowałem swoje dłonie.
Usiadłem na łóżku, wyjąłem z kieszeni karteczkę z numerem Lawrence’a, ale najpierw musiałem się nauczyć, jak w ogóle tej nowej komórki używać. Miałem farta, bo to była jedna z tych prostszych w obsłudze i po kilku minutach ją rozgryzłem. Wreszcie wszedłem w wiadomości, napisałem do Law’a „Zaufam”, a potem przysnąłem, zmęczony tym długim spacerem.

czwartek, 14 sierpnia 2014

Rozdział 1.

Ból istniał i będzie istnieć, tylko w zmienionej formie.

Dzień, jak co dzień. Szaro, ponuro, wieje, pada. U mnie jeszcze gorzej, jakby pogoda była czubkiem góry lodowej tego, jak się czułem w środku.
Ech, codzienność…
Cóż za cholerstwo…
Kiedy szedłem korytarzem do klasy, wyglądałem chyba jeszcze gorzej niż zwykle, bo nikt mnie nie wyśmiał ani nie zaczepił. Pewnie uznali, że już wystarczająco mnie zgnębili i pójdę się zabić, albo coś sobie zrobię…
Ale ja jakoś się trzymałem, bo bałem się śmierci bardziej niż codzienności i cierpiałem, żyjąc i wytrzymując to, jak mnie wszyscy traktowali.
Gdy wszedłem do klasy 1A liceum, w środku zapanowała przez moment martwa cisza i czułem się jak zupełnie niechciana i niepotrzebna osoba, która burzy ogólny porządek. Jednak po chwili wszystko ruszyło znowu, więc mogłem odetchnąć z ulgą. Naprawdę musiałem kiepsko wyglądać, bo nawet Brian nie zaszczycił mnie swoją poranną kpiną, tylko dalej gadał z Max’em, Deanem i Will’em.
- Jak było z Patsy? – dosłyszałem Max’a, a odpowiedź Briana zagłuszył dzwonek na lekcję.
Angielski.
Usiadłem z tyłu, przy oknie, tam gdzie zwykle. Sam. Zamiast książek wyciągnąłem notatnik z rysunkami, bo wiedziałem, że żaden nauczyciel i tak nie przyjdzie. Nasze liceum już takie było.
Zacząłem rysować to, co widziałem za oknem, próbując wyrzucić tym z siebie jak bardzo czułem się samotny. Przez to moje rysunki zawsze były pozbawione życia, szare i monochromatyczne, chociaż moja depresja rozwijała się nadal bujnie, jak jakaś winorośl, opanowując mnie całego.
Około pięć minut po dzwonku, kiedy pokrywałem następną kartkę nic nie znaczącymi bazgrołami, drzwi klasy się otworzyły i wszedł Lawrence.
Lawrence Carter.
Jeszcze bardziej samotny ode mnie, nie miał nikogo, ale sprawiał wrażenie, jakby mu to wcale nie przeszkadzało. Wyniosły, pewny siebie, chłodny, wręcz lodowaty i opanowany mimo wszystko. Jeszcze nie widziałem, żeby się uśmiechał. Gej.
To pewnie głównie z tego powodu był osamotniony, w tym liceum prawie nikt nie tolerował homoseksualistów. Mi było wszystko jedno.
Patrząc na Lawrence’a okiem artysty, mogłem powiedzieć, że jako człowiek był ładny, jeśli nie piękny.
Był szczupły, wysoki na metr osiemdziesiąt, ubierał się na ciemno, a jego cechą charakterystyczną były włosy. Nikt inny takich nie miał. Były długie do połowy ud, lekko kręcone i zwiewne jak jedwab. Kruczoczarne, ale gdy się na nie czasem patrzyło, można było dostrzec fiolet i granat.
Nie, to nie tak, że się nim interesowałem, każdego tak obserwowałem, po części dlatego, że oceniałem kogo mógłbym narysować, a po części, bo byłem ciekaw, jak zachowywali się ludzie w moim wieku, którzy mieli kumpli. Kiedy widziałem, jak się śmieją, cieszą i są szczęśliwi, cholernie mnie to bolało, ale nic nie mogłem na to poradzić.
- Pedał! – krzyknął Brian do Lawrence’a, ale ten nawet nie spojrzał w jego stronę, już nie mówiąc o całkowitym zignorowaniu jego słów z godnością, której mógłby pozazdrościć król.
Jego – w przeciwieństwie do mnie – nikt nie dręczył fizycznie. Kiedy na początku roku szkolnego jakiś kretyn z 3-B próbował go pobić, skończył w szpitalu z wybitą szczęką, brakowało mu kilku zębów, złamanym nosem, połamanymi żebrami i nogą oraz krwotokiem wewnętrznym, a Lawrence wyszedł z tego starcia bez najmniejszego zadrapania, więc nikt wolał nie ryzykować.
W jego przypadku dręczenie psychiczne też nie odnosiło żadnych rezultatów, ale Brian każde powitanie z nim uparcie zaczynał od „pedał!”, potem głosił kazania o tym, że geje to najgorsze zło i żeby ich wszystkich zabić i inne bzdury tego typu, chociaż ostatnio mu przeszło, bo wszystkim to się znudziło, a Lawrence jak był opanowany, tak opanowany był dalej, bez zmian.
Inaczej to się miało ze mną. Jeszcze nie było tygodnia od początku roku szkolnego, żeby mnie nie pobili. Zawsze szli za mną w pięciu albo sześciu, więc nie miałem szans, żeby się obronić, już nie wspominając o wygranej. Jak już byłem cały w siniakach, to zabierali mi pieniądze i komórkę. Rodzice się na mnie wściekali, że ciągle „gubię” telefon i kupując mi nowy, powtarzali, że następnego nie dostanę.
Słowa kpin szkolnych kumpli zawsze uderzały w samo sedno, co już do reszty zepsuło mi psychikę. Doszło do tego, że marzyłem, żeby moje życie się skończyło, żebym nie czuł tego nieznośnego ciężaru i żebym się nigdy nie urodził.
Lawrence przeszedł obok mnie, a ja szybko odwróciłem wzrok, żeby nie zobaczył, że się mu przyglądam. Jednak zaraz potem dostrzegł, że z jego ławką jest coś nie tak – a dokładniej była pomazana sprayem, a jedna noga niebezpiecznie sterczała – zawrócił, wiedząc, że nie ma więcej wolnych miejsc oprócz mojego. Rzucił plecak koło krzesła i przysiadł się do mnie.
Za jakie grzechy!!!
- Chris, nawet po tobie się nie spodziewałem, że będziesz się zadawał z tą ciotą – powiedział głośno Brian, reszta klasy zamarła w oczekiwaniu, co odpowiem, tylko Will, Max i Dean śmiali się kretyńsko.
Poczułem, jak policzki zaczynają mnie piec ze wstydu, aż w końcu wymamrotałem ciche:
- Odpieprz się.
Dlaczego nie mogli zostawić mnie w spokoju?!
Lawrence zauważył, że trzęsły mi się ręce z nerwów, a ołówek prawie wbiłem w kartkę, ale nic nie powiedział, tylko wyjął swój zeszyt. Grubszego nie widziałem. Otworzył kilka stron przed końcem. Pismo miał staranne i równe, kartki były czyste, nie było na nich plam ani pobazgranych marginesów. Poza tym jego dłonie też były piękne, dopiero teraz to zauważyłem. Miał długie, smukłe palce, a na nadgarstkach nosił wiele rzemyków, których frędzelki opadały na kartki zeszytu.
Zaczął pisać, a ja zdenerwowany tym, że wszystko już wpadło w błędne koło i każdy mój dzień zaczynał się od jakiejś poniżającej uwagi, nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić. Byłem już całkiem pogubiony i nie umiałem dać sobie ze sobą rady.
Reszta rysunku wyszła mi krzywo i nieskładnie, a lekcja się skończyła. Wyszedłem do toalety, bo z tych nerwów i strachu przed następnym pobiciem – oni zawsze znajdywali powód – zrobiło mi się duszno. Oparłem się o umywalkę, patrząc na swoje odbicie, którego szczerze nienawidziłem. Miałem zielono-piwne oczy i półdługie jasne włosy, które skrywałem pod czarną, cienką czapką, a tylko końcówki wystawały. Sińce już zeszły, a rozcięta w zeszłym tygodniu warga prawie się zagoiła. Miałem metr siedemdziesiąt sześć i byłem chudy jak anorektyk, ale to nie tak, że miałem wstręt do jedzenia, po prostu nie byłem głodny. Nie odchudzałem się, nawet mi to przez myśl nie przeszło, to z nerwów nie mogłem jeść, pewnie miałem wrzody.
Po kilku minutach, kiedy poczułem się trochę lepiej, usłyszałem kroki paru osób i już wiedziałem, że było źle. Wyprostowałem się, a Brian uśmiechnął się do mnie promiennie i spytał:
- Możemy zająć ci chwilkę?
A potem z całej siły dostałem w brzuch.
*
- Spokojnie – powiedział cicho Lawrence, zarzucając sobie moje ramię na szyję.
Ledwo mogłem ustać na nogach, więc musiał mnie dźwigać, ale był silny. Jakoś wytaszczył mnie z toalety, a ja straciłem przytomność i ocknąłem się dopiero na leżance w gabinecie pielęgniarki.
- Co się stało? – spytała pielęgniarka.
Kręciło mi się w głowie i bolał mnie brzuch, krew leciała mi z nosa, a prawa dwójka niebezpiecznie ruszała mi się w dziąśle.
Lawrence odpowiedział za mnie.
- Znalazłem go przez przypadek w toalecie i podejrzewam, że został pobity.
Podejrzewał?! To było widać na pierwszy rzut oka!
Pielęgniarka – najwyżej 25-letnia dziewczyna, która ran w życiu widziała mniej niż ja i na wszystko stosowała krople żołądkowe – milczała. Nawet nie podeszła, żeby mnie z grubsza obejrzeć, a Lawrence, wkurzony jej niekompetencją, wyciągnął z kieszeni komórkę i zadzwonił na pogotowie. Podał adres szkoły i powiedział, że zostałem ciężko pobity.
- Nie powinna pani tu pracować – stwierdził lodowatym tonem, który uderzył w tę pielęgniarkę bardziej niż gdyby wyzywał ją od najgorszych – Chris, dasz radę wyjść przed szkołę?
- Nie wiem… - wychrypiałem, czując mdłości od zawrotów głowy.
Lawrence podszedł do mnie i pomógł podnieść mi się z łóżka. Kiedy wstałem, ostro zakręciło mi się w głowie, więc Lawrence musiał mnie przytrzymać, żebym nie upadł.
- Powoli, nie pali się – mruknął, trzymając mnie mocno i wyprowadzając na korytarz. Było pusto, dlatego pomyślałem, że muszą być lekcje. Na zewnątrz świeże powietrze mnie trochę otrzeźwiło, Lawrence nie musiał mnie podtrzymywać. Teraz świeciło słońce i było gorąco, ale nie mi. Ja drżałem z zimna.
- Lawrence…? – zacząłem niepewnie, przełykając z trudem ślinę.
- Tak?
- Dlaczego mnie stamtąd zabrałeś? Mogłeś się mną nie interesować…
Milczał i pomyślałem, że nie doczekam się odpowiedzi, ale po chwili odparł po prostu:
- Bo tak chciałem. – Spojrzał na mnie. – Może zdejmiesz tę bluzę? Jest ciepło.
Takiej odpowiedzi się nie spodziewałem, dlatego, całkiem zaskoczony, odpowie-działem mu dopiero po chwili.
- N-nie… W bluzie jest mi lepiej.
Faktycznie, chmury już się rozwiały i wyjrzało słońce, ale mimo to nie mogłem zdjąć bluzy. Po pierwsze, bo było mi bez niej strasznie zimno, aż dygotałem, a drugi powód to to, że na rękach miałem rany. Po żyletce. Nikt na pewno nie chciał ich oglądać, ja też. Były obrzydliwe.
- Dobra, jak chcesz, ale na taką bluzę jest za gorąco. Dlaczego ją nosisz?
Och, niech to pogotowie już przyjedzie!
- No bo… mało jem i mi przez to zimno. Organizm nie ma się czym ogrzać.
Po co miał wiedzieć o żyletce?
- Rozumiem.
- Moje rzeczy zostały w klasie… - mruknąłem.
- Przyniosę ci do domu.
- C-co?! N-nie musisz…
Jeszcze tego brakowało, żeby przychodził do mnie do domu…
- Jak ci pomagam, to chcę zrobić to porządnie. Wezmę je i ci przyniosę, wszystko by ci zniszczyli – odparł ze zdenerwowaniem.
Później, ku mojej szczerej uldze, wreszcie usłyszałem karetkę.
Wróciłem do domu następnego dnia. Moi rodzice nawet po mnie nie przyjechali ani nie odwiedzili, chociaż ktoś ze szpitala do nich dzwonił i powiadomił o moim stanie. Do domu wróciłem na nogach, dobrze, że szpital miałem bardzo blisko i dość dobrze się czułem. Za każdym razem tak było, przejąłem się tylko za pierwszym razem, gdy nikogo przy mnie nie było. Teraz to już normalne.
O tej porze nikogo nie było w domu, tylko ja wracałem ze szkoły, dzisiaj ze szpitala. Spojrzałem na wyświetlacz komórki. 13:26. Akurat skończyłbym lekcje. Kiedy byłem na podjeździe, przy drzwiach zobaczyłem LAWRENCE’A.
Kurde! Teraz wszędzie będzie za mną łaził?!
- Cześć – wymamrotałem, wyjmując klucze z kieszeni.
- Cześć. Lepiej ci?
W jego głosie nie było ani trochę współczucia, jakby pytał z przymusu.
- Trochę, nie widać? Po co przyszedłeś? Myślałem, ze moje rzeczy przyniosłeś wczoraj.
Otworzyłem drzwi i chcąc, nie chcąc, wpuściłem go do środka.
- Przyszedłem dać ci lekcje. Nie było cię.
Zerknąłem na niego. Wyglądał jak zwykle, lodowaty i niewzruszony, ale coś mi nie grało. Dlaczego do mnie przyszedł? Dlaczego akurat on… Według mnie kolegowanie się z gejem nie było zbyt… bezpieczne.
- Byłem w szpitalu… jeszcze…
- Rodzice cię nie odebrali?
- Tego… moi rodzice nie bardzo się mną zajmują – mruknąłem pod nosem prawie niedosłyszalnie.
- Rozumiem.
Odsunął plecak i po kolei zaczął wyciągać zeszyty, a potem dał mi je. Ważyły chyba z tonę. Nie zadawał już pytań, w ogóle nie zdawał się tym zainteresowany, to może nawet lepiej, po prostu dał mi notatki i wyszedł.
*
Cholera jasna! On mnie prześladował!
W szkole znowu usiał ze mną, ale nie odezwał się ani słowem, nawet gdy oddawałem mu zeszyty. Zerknąłem na niego podejrzliwie, a kiedy nic nie mówił, ani na mnie nie patrzył, tylko znów zajęty był swoim pisaniem i ze skupieniem patrzył na kartkę, gryząc długopis, pomyślałem, że lepszej okazji do narysowania Lawrence’a nie będzie. Wyciągnąłem szkicownik i przyjrzałem się profilowi Lawrence’a, którego twarz częściowo zasłaniały włosy.
Kilka minut później miałem z grubsza naszkicowane jego rysy i kilka pasemek włosów. Kreśliłem pierwsze kreski oka, a wtedy Lawrence zerknął na szkicownik. Zmarszczył brwi, a ja myślałem, że ze wstydu się spalę.
- Co to jest? – spytał chłodno. – Kto pozwolił ci mnie rysować?
- No… nikt, ale… - zacząłem, starając się na niego nie patrzeć. Miał przerażające spojrzenie.
- To jakim prawem to robisz?
- Pomyślałem, że… och, no nie gniewaj się… głupio mi było pytać…
- Daj.
Odebrał mi szkicownik, potem wstał i wyrzucił go do kosza. Siedziałem znieruchomiały, jakby mnie przykleili do krzesła. Było mi głupio, jak cholera, a Lawrence był na mnie wściekły. Chyba… Nie wiedziałem, czy był, bo on zawsze tak się zachowywał, ale jeszcze nigdy nie wyrzucił czyichś rzeczy do kosza.
- Przepraszam…
- Nie rysuj mnie więcej.
Ale z drugiej strony, co mu to przeszkadzało! Nie chciałem go przecież poniżyć! To tylko rysunek, którego i tak nikt nigdy nie zobaczy!
- Jak chcesz, kup nowy zeszyt. Ten zostaw w spokoju – oświadczył, jakby w koszu była jego własność.
Idiota…
Wyjmę go po lekcjach, albo na przerwie.
Brian znów tylko na mnie zerknął i nie odezwał się ani słowem, za to dłużej wpatrywał się w Lawrence’a. Bardziej wrogo, niż zwykle. Miał w oczach żądzę mordu.
Zadzwonił dzwonek, a ja od razu podszedłem do kosza i wyciągnąłem zeszyt. Kiedy wróciłem do ławki, podszedł do mnie Andrew. On zawsze był dla mnie normalny, nie przeszkadzałem mu, jak reszcie ludzi z mojej klasy. Był wielki i umięśniony, aż się dziwiłem, że nikogo nie bije ani nie dręczy, bo miał do tego doskonałe warunki, a u nas w szkole, jak się miało do czegoś warunki, to się to robiło.
- Mogę obejrzeć? – zapytał w momencie, gdy zacząłem szarpać się z Lawrencem o notatnik, bo znów próbował mi go zabrać.
- Zostaw to, kretynie! – wydusiłem, kopiąc go w kolano, a rękami z całej siły ciągnąc brzeg notatnika.
- Zostawię, jak będzie w koszu! Masz mnie nie rysować! – odkrzyknął, oddając mi w piszczel i ciągnąc za drugi brzeg zeszytu.
- Nie chcę dokańczać! Odpieprz się!
Andrew w końcu chwycił notatnik i obu nam go wyrwał, bo był niesamowicie silny, a mi w ręku został tylko strzępek jakiejś kartki.
- Zamknijcie się obaj! Chcę to obejrzeć! Lawrence, siedź, jak siedzisz! – nakazał mu, gdy Carter już się podnosił, żeby mu odebrać moje rysunki. Odszedł do swojej ławki, a Lawrence spojrzał na mnie lodowato, jakby mnie chciał zamordować na miejscu.
- Jak ci je odda, to je spalę – burknął, wracając do pisania. Miałem ochotę podrzeć ten jego zeszyt na strzępy, ale sobie pomyślałem, że wtedy będzie jeszcze gorzej, i że mnie pobiję, przez co znów wyląduję w szpitalu. Przyglądałem się, jak pisze, dopóki w mojej kieszeni nie zadzwonił telefon. Odebrałem pośpiesznie, najpierw dobrą chwilę przeszukując plecak.
- Halo?
- Chris?
Usłyszałem głos mojej kuzynki Mary. Chyba płakała, a w każdym razie była bardzo zdenerwowana.
- Tak, co jest grane? – spytałem cicho.
- Chris… Arty się powiesił… - wyszeptała, po czym się rozpłakała.
Jakbym dostał z liścia. I to naprawdę mocno. Przez moment nie mogłem normalnie oddychać. Aż Lawrence mną potrząsnął, pytając czy wszystko ok.
- Tak, tak… - wymamrotałem, a później drżącym głosem wyszeptałem do słuchawki: - Jak to się powiesił?
Mary i Arthur, moi kuzyni, byli najbliższymi mi osobami. Arthur miał podobne problemy, co ja, ale niedawno z nich wyszedł, przynajmniej tak się wszystkim wydawało. Chyba jednak nic nie było dobrze, jeśli popełnił samobójstwo. A obiecywał mi, że będzie silny i się nie podda! Co za kłamca! Nienawidziłem go w tamtej chwili z całego serca! Jak mógł nas zostawić…
- No… powiesił… Zna… znalazłam go dziś rano… w sypialni… A w-wieczorem b-był taki szczęśliwy… Chris… co teraz będzie…? – wyszlochała, a ja oparłem się plecami o ścianę, wciąż byłem w głębokim szoku i nie wiedziałem co mam ze sobą zrobić.
Arthur mi obiecał, że mnie nie zostawi, i że obaj wyjdziemy z tego bagna… Co za beznadzieja…
Nienawidzę cię, Arty!
- Nie wiem… - wyszeptałem i się rozłączyłem.
Lawrence całkiem zapomniał o gniewie i kiedy tylko wrzuciłem telefon na dno plecaka, szturchnął mnie lekko i spytał:
- Co się stało?
Nie chciałem mu opowiadać! To nie jego interes, co się u mnie dzieje! Niech się wszyscy ode mnie odwalą! Miałem ochotę iść do domu i się pociąć… i byłem pewien, że jak tylko skończę lekcje, to to zrobię.
- Nic. Wszystko ok – odpowiedziałem, panując nad głosem, jak zawodowy aktor. Nic nie wychodziło mi tak dobrze, jak ukrywanie swojej rozpaczy. – Wszystko w porządku, Lawrence, możesz spalić te rysunki…

 Dzięki wielkie za przeczytanie. Komentarze mile widziane. Law-chan.