czwartek, 14 sierpnia 2014

Rozdział 1.

Ból istniał i będzie istnieć, tylko w zmienionej formie.

Dzień, jak co dzień. Szaro, ponuro, wieje, pada. U mnie jeszcze gorzej, jakby pogoda była czubkiem góry lodowej tego, jak się czułem w środku.
Ech, codzienność…
Cóż za cholerstwo…
Kiedy szedłem korytarzem do klasy, wyglądałem chyba jeszcze gorzej niż zwykle, bo nikt mnie nie wyśmiał ani nie zaczepił. Pewnie uznali, że już wystarczająco mnie zgnębili i pójdę się zabić, albo coś sobie zrobię…
Ale ja jakoś się trzymałem, bo bałem się śmierci bardziej niż codzienności i cierpiałem, żyjąc i wytrzymując to, jak mnie wszyscy traktowali.
Gdy wszedłem do klasy 1A liceum, w środku zapanowała przez moment martwa cisza i czułem się jak zupełnie niechciana i niepotrzebna osoba, która burzy ogólny porządek. Jednak po chwili wszystko ruszyło znowu, więc mogłem odetchnąć z ulgą. Naprawdę musiałem kiepsko wyglądać, bo nawet Brian nie zaszczycił mnie swoją poranną kpiną, tylko dalej gadał z Max’em, Deanem i Will’em.
- Jak było z Patsy? – dosłyszałem Max’a, a odpowiedź Briana zagłuszył dzwonek na lekcję.
Angielski.
Usiadłem z tyłu, przy oknie, tam gdzie zwykle. Sam. Zamiast książek wyciągnąłem notatnik z rysunkami, bo wiedziałem, że żaden nauczyciel i tak nie przyjdzie. Nasze liceum już takie było.
Zacząłem rysować to, co widziałem za oknem, próbując wyrzucić tym z siebie jak bardzo czułem się samotny. Przez to moje rysunki zawsze były pozbawione życia, szare i monochromatyczne, chociaż moja depresja rozwijała się nadal bujnie, jak jakaś winorośl, opanowując mnie całego.
Około pięć minut po dzwonku, kiedy pokrywałem następną kartkę nic nie znaczącymi bazgrołami, drzwi klasy się otworzyły i wszedł Lawrence.
Lawrence Carter.
Jeszcze bardziej samotny ode mnie, nie miał nikogo, ale sprawiał wrażenie, jakby mu to wcale nie przeszkadzało. Wyniosły, pewny siebie, chłodny, wręcz lodowaty i opanowany mimo wszystko. Jeszcze nie widziałem, żeby się uśmiechał. Gej.
To pewnie głównie z tego powodu był osamotniony, w tym liceum prawie nikt nie tolerował homoseksualistów. Mi było wszystko jedno.
Patrząc na Lawrence’a okiem artysty, mogłem powiedzieć, że jako człowiek był ładny, jeśli nie piękny.
Był szczupły, wysoki na metr osiemdziesiąt, ubierał się na ciemno, a jego cechą charakterystyczną były włosy. Nikt inny takich nie miał. Były długie do połowy ud, lekko kręcone i zwiewne jak jedwab. Kruczoczarne, ale gdy się na nie czasem patrzyło, można było dostrzec fiolet i granat.
Nie, to nie tak, że się nim interesowałem, każdego tak obserwowałem, po części dlatego, że oceniałem kogo mógłbym narysować, a po części, bo byłem ciekaw, jak zachowywali się ludzie w moim wieku, którzy mieli kumpli. Kiedy widziałem, jak się śmieją, cieszą i są szczęśliwi, cholernie mnie to bolało, ale nic nie mogłem na to poradzić.
- Pedał! – krzyknął Brian do Lawrence’a, ale ten nawet nie spojrzał w jego stronę, już nie mówiąc o całkowitym zignorowaniu jego słów z godnością, której mógłby pozazdrościć król.
Jego – w przeciwieństwie do mnie – nikt nie dręczył fizycznie. Kiedy na początku roku szkolnego jakiś kretyn z 3-B próbował go pobić, skończył w szpitalu z wybitą szczęką, brakowało mu kilku zębów, złamanym nosem, połamanymi żebrami i nogą oraz krwotokiem wewnętrznym, a Lawrence wyszedł z tego starcia bez najmniejszego zadrapania, więc nikt wolał nie ryzykować.
W jego przypadku dręczenie psychiczne też nie odnosiło żadnych rezultatów, ale Brian każde powitanie z nim uparcie zaczynał od „pedał!”, potem głosił kazania o tym, że geje to najgorsze zło i żeby ich wszystkich zabić i inne bzdury tego typu, chociaż ostatnio mu przeszło, bo wszystkim to się znudziło, a Lawrence jak był opanowany, tak opanowany był dalej, bez zmian.
Inaczej to się miało ze mną. Jeszcze nie było tygodnia od początku roku szkolnego, żeby mnie nie pobili. Zawsze szli za mną w pięciu albo sześciu, więc nie miałem szans, żeby się obronić, już nie wspominając o wygranej. Jak już byłem cały w siniakach, to zabierali mi pieniądze i komórkę. Rodzice się na mnie wściekali, że ciągle „gubię” telefon i kupując mi nowy, powtarzali, że następnego nie dostanę.
Słowa kpin szkolnych kumpli zawsze uderzały w samo sedno, co już do reszty zepsuło mi psychikę. Doszło do tego, że marzyłem, żeby moje życie się skończyło, żebym nie czuł tego nieznośnego ciężaru i żebym się nigdy nie urodził.
Lawrence przeszedł obok mnie, a ja szybko odwróciłem wzrok, żeby nie zobaczył, że się mu przyglądam. Jednak zaraz potem dostrzegł, że z jego ławką jest coś nie tak – a dokładniej była pomazana sprayem, a jedna noga niebezpiecznie sterczała – zawrócił, wiedząc, że nie ma więcej wolnych miejsc oprócz mojego. Rzucił plecak koło krzesła i przysiadł się do mnie.
Za jakie grzechy!!!
- Chris, nawet po tobie się nie spodziewałem, że będziesz się zadawał z tą ciotą – powiedział głośno Brian, reszta klasy zamarła w oczekiwaniu, co odpowiem, tylko Will, Max i Dean śmiali się kretyńsko.
Poczułem, jak policzki zaczynają mnie piec ze wstydu, aż w końcu wymamrotałem ciche:
- Odpieprz się.
Dlaczego nie mogli zostawić mnie w spokoju?!
Lawrence zauważył, że trzęsły mi się ręce z nerwów, a ołówek prawie wbiłem w kartkę, ale nic nie powiedział, tylko wyjął swój zeszyt. Grubszego nie widziałem. Otworzył kilka stron przed końcem. Pismo miał staranne i równe, kartki były czyste, nie było na nich plam ani pobazgranych marginesów. Poza tym jego dłonie też były piękne, dopiero teraz to zauważyłem. Miał długie, smukłe palce, a na nadgarstkach nosił wiele rzemyków, których frędzelki opadały na kartki zeszytu.
Zaczął pisać, a ja zdenerwowany tym, że wszystko już wpadło w błędne koło i każdy mój dzień zaczynał się od jakiejś poniżającej uwagi, nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić. Byłem już całkiem pogubiony i nie umiałem dać sobie ze sobą rady.
Reszta rysunku wyszła mi krzywo i nieskładnie, a lekcja się skończyła. Wyszedłem do toalety, bo z tych nerwów i strachu przed następnym pobiciem – oni zawsze znajdywali powód – zrobiło mi się duszno. Oparłem się o umywalkę, patrząc na swoje odbicie, którego szczerze nienawidziłem. Miałem zielono-piwne oczy i półdługie jasne włosy, które skrywałem pod czarną, cienką czapką, a tylko końcówki wystawały. Sińce już zeszły, a rozcięta w zeszłym tygodniu warga prawie się zagoiła. Miałem metr siedemdziesiąt sześć i byłem chudy jak anorektyk, ale to nie tak, że miałem wstręt do jedzenia, po prostu nie byłem głodny. Nie odchudzałem się, nawet mi to przez myśl nie przeszło, to z nerwów nie mogłem jeść, pewnie miałem wrzody.
Po kilku minutach, kiedy poczułem się trochę lepiej, usłyszałem kroki paru osób i już wiedziałem, że było źle. Wyprostowałem się, a Brian uśmiechnął się do mnie promiennie i spytał:
- Możemy zająć ci chwilkę?
A potem z całej siły dostałem w brzuch.
*
- Spokojnie – powiedział cicho Lawrence, zarzucając sobie moje ramię na szyję.
Ledwo mogłem ustać na nogach, więc musiał mnie dźwigać, ale był silny. Jakoś wytaszczył mnie z toalety, a ja straciłem przytomność i ocknąłem się dopiero na leżance w gabinecie pielęgniarki.
- Co się stało? – spytała pielęgniarka.
Kręciło mi się w głowie i bolał mnie brzuch, krew leciała mi z nosa, a prawa dwójka niebezpiecznie ruszała mi się w dziąśle.
Lawrence odpowiedział za mnie.
- Znalazłem go przez przypadek w toalecie i podejrzewam, że został pobity.
Podejrzewał?! To było widać na pierwszy rzut oka!
Pielęgniarka – najwyżej 25-letnia dziewczyna, która ran w życiu widziała mniej niż ja i na wszystko stosowała krople żołądkowe – milczała. Nawet nie podeszła, żeby mnie z grubsza obejrzeć, a Lawrence, wkurzony jej niekompetencją, wyciągnął z kieszeni komórkę i zadzwonił na pogotowie. Podał adres szkoły i powiedział, że zostałem ciężko pobity.
- Nie powinna pani tu pracować – stwierdził lodowatym tonem, który uderzył w tę pielęgniarkę bardziej niż gdyby wyzywał ją od najgorszych – Chris, dasz radę wyjść przed szkołę?
- Nie wiem… - wychrypiałem, czując mdłości od zawrotów głowy.
Lawrence podszedł do mnie i pomógł podnieść mi się z łóżka. Kiedy wstałem, ostro zakręciło mi się w głowie, więc Lawrence musiał mnie przytrzymać, żebym nie upadł.
- Powoli, nie pali się – mruknął, trzymając mnie mocno i wyprowadzając na korytarz. Było pusto, dlatego pomyślałem, że muszą być lekcje. Na zewnątrz świeże powietrze mnie trochę otrzeźwiło, Lawrence nie musiał mnie podtrzymywać. Teraz świeciło słońce i było gorąco, ale nie mi. Ja drżałem z zimna.
- Lawrence…? – zacząłem niepewnie, przełykając z trudem ślinę.
- Tak?
- Dlaczego mnie stamtąd zabrałeś? Mogłeś się mną nie interesować…
Milczał i pomyślałem, że nie doczekam się odpowiedzi, ale po chwili odparł po prostu:
- Bo tak chciałem. – Spojrzał na mnie. – Może zdejmiesz tę bluzę? Jest ciepło.
Takiej odpowiedzi się nie spodziewałem, dlatego, całkiem zaskoczony, odpowie-działem mu dopiero po chwili.
- N-nie… W bluzie jest mi lepiej.
Faktycznie, chmury już się rozwiały i wyjrzało słońce, ale mimo to nie mogłem zdjąć bluzy. Po pierwsze, bo było mi bez niej strasznie zimno, aż dygotałem, a drugi powód to to, że na rękach miałem rany. Po żyletce. Nikt na pewno nie chciał ich oglądać, ja też. Były obrzydliwe.
- Dobra, jak chcesz, ale na taką bluzę jest za gorąco. Dlaczego ją nosisz?
Och, niech to pogotowie już przyjedzie!
- No bo… mało jem i mi przez to zimno. Organizm nie ma się czym ogrzać.
Po co miał wiedzieć o żyletce?
- Rozumiem.
- Moje rzeczy zostały w klasie… - mruknąłem.
- Przyniosę ci do domu.
- C-co?! N-nie musisz…
Jeszcze tego brakowało, żeby przychodził do mnie do domu…
- Jak ci pomagam, to chcę zrobić to porządnie. Wezmę je i ci przyniosę, wszystko by ci zniszczyli – odparł ze zdenerwowaniem.
Później, ku mojej szczerej uldze, wreszcie usłyszałem karetkę.
Wróciłem do domu następnego dnia. Moi rodzice nawet po mnie nie przyjechali ani nie odwiedzili, chociaż ktoś ze szpitala do nich dzwonił i powiadomił o moim stanie. Do domu wróciłem na nogach, dobrze, że szpital miałem bardzo blisko i dość dobrze się czułem. Za każdym razem tak było, przejąłem się tylko za pierwszym razem, gdy nikogo przy mnie nie było. Teraz to już normalne.
O tej porze nikogo nie było w domu, tylko ja wracałem ze szkoły, dzisiaj ze szpitala. Spojrzałem na wyświetlacz komórki. 13:26. Akurat skończyłbym lekcje. Kiedy byłem na podjeździe, przy drzwiach zobaczyłem LAWRENCE’A.
Kurde! Teraz wszędzie będzie za mną łaził?!
- Cześć – wymamrotałem, wyjmując klucze z kieszeni.
- Cześć. Lepiej ci?
W jego głosie nie było ani trochę współczucia, jakby pytał z przymusu.
- Trochę, nie widać? Po co przyszedłeś? Myślałem, ze moje rzeczy przyniosłeś wczoraj.
Otworzyłem drzwi i chcąc, nie chcąc, wpuściłem go do środka.
- Przyszedłem dać ci lekcje. Nie było cię.
Zerknąłem na niego. Wyglądał jak zwykle, lodowaty i niewzruszony, ale coś mi nie grało. Dlaczego do mnie przyszedł? Dlaczego akurat on… Według mnie kolegowanie się z gejem nie było zbyt… bezpieczne.
- Byłem w szpitalu… jeszcze…
- Rodzice cię nie odebrali?
- Tego… moi rodzice nie bardzo się mną zajmują – mruknąłem pod nosem prawie niedosłyszalnie.
- Rozumiem.
Odsunął plecak i po kolei zaczął wyciągać zeszyty, a potem dał mi je. Ważyły chyba z tonę. Nie zadawał już pytań, w ogóle nie zdawał się tym zainteresowany, to może nawet lepiej, po prostu dał mi notatki i wyszedł.
*
Cholera jasna! On mnie prześladował!
W szkole znowu usiał ze mną, ale nie odezwał się ani słowem, nawet gdy oddawałem mu zeszyty. Zerknąłem na niego podejrzliwie, a kiedy nic nie mówił, ani na mnie nie patrzył, tylko znów zajęty był swoim pisaniem i ze skupieniem patrzył na kartkę, gryząc długopis, pomyślałem, że lepszej okazji do narysowania Lawrence’a nie będzie. Wyciągnąłem szkicownik i przyjrzałem się profilowi Lawrence’a, którego twarz częściowo zasłaniały włosy.
Kilka minut później miałem z grubsza naszkicowane jego rysy i kilka pasemek włosów. Kreśliłem pierwsze kreski oka, a wtedy Lawrence zerknął na szkicownik. Zmarszczył brwi, a ja myślałem, że ze wstydu się spalę.
- Co to jest? – spytał chłodno. – Kto pozwolił ci mnie rysować?
- No… nikt, ale… - zacząłem, starając się na niego nie patrzeć. Miał przerażające spojrzenie.
- To jakim prawem to robisz?
- Pomyślałem, że… och, no nie gniewaj się… głupio mi było pytać…
- Daj.
Odebrał mi szkicownik, potem wstał i wyrzucił go do kosza. Siedziałem znieruchomiały, jakby mnie przykleili do krzesła. Było mi głupio, jak cholera, a Lawrence był na mnie wściekły. Chyba… Nie wiedziałem, czy był, bo on zawsze tak się zachowywał, ale jeszcze nigdy nie wyrzucił czyichś rzeczy do kosza.
- Przepraszam…
- Nie rysuj mnie więcej.
Ale z drugiej strony, co mu to przeszkadzało! Nie chciałem go przecież poniżyć! To tylko rysunek, którego i tak nikt nigdy nie zobaczy!
- Jak chcesz, kup nowy zeszyt. Ten zostaw w spokoju – oświadczył, jakby w koszu była jego własność.
Idiota…
Wyjmę go po lekcjach, albo na przerwie.
Brian znów tylko na mnie zerknął i nie odezwał się ani słowem, za to dłużej wpatrywał się w Lawrence’a. Bardziej wrogo, niż zwykle. Miał w oczach żądzę mordu.
Zadzwonił dzwonek, a ja od razu podszedłem do kosza i wyciągnąłem zeszyt. Kiedy wróciłem do ławki, podszedł do mnie Andrew. On zawsze był dla mnie normalny, nie przeszkadzałem mu, jak reszcie ludzi z mojej klasy. Był wielki i umięśniony, aż się dziwiłem, że nikogo nie bije ani nie dręczy, bo miał do tego doskonałe warunki, a u nas w szkole, jak się miało do czegoś warunki, to się to robiło.
- Mogę obejrzeć? – zapytał w momencie, gdy zacząłem szarpać się z Lawrencem o notatnik, bo znów próbował mi go zabrać.
- Zostaw to, kretynie! – wydusiłem, kopiąc go w kolano, a rękami z całej siły ciągnąc brzeg notatnika.
- Zostawię, jak będzie w koszu! Masz mnie nie rysować! – odkrzyknął, oddając mi w piszczel i ciągnąc za drugi brzeg zeszytu.
- Nie chcę dokańczać! Odpieprz się!
Andrew w końcu chwycił notatnik i obu nam go wyrwał, bo był niesamowicie silny, a mi w ręku został tylko strzępek jakiejś kartki.
- Zamknijcie się obaj! Chcę to obejrzeć! Lawrence, siedź, jak siedzisz! – nakazał mu, gdy Carter już się podnosił, żeby mu odebrać moje rysunki. Odszedł do swojej ławki, a Lawrence spojrzał na mnie lodowato, jakby mnie chciał zamordować na miejscu.
- Jak ci je odda, to je spalę – burknął, wracając do pisania. Miałem ochotę podrzeć ten jego zeszyt na strzępy, ale sobie pomyślałem, że wtedy będzie jeszcze gorzej, i że mnie pobiję, przez co znów wyląduję w szpitalu. Przyglądałem się, jak pisze, dopóki w mojej kieszeni nie zadzwonił telefon. Odebrałem pośpiesznie, najpierw dobrą chwilę przeszukując plecak.
- Halo?
- Chris?
Usłyszałem głos mojej kuzynki Mary. Chyba płakała, a w każdym razie była bardzo zdenerwowana.
- Tak, co jest grane? – spytałem cicho.
- Chris… Arty się powiesił… - wyszeptała, po czym się rozpłakała.
Jakbym dostał z liścia. I to naprawdę mocno. Przez moment nie mogłem normalnie oddychać. Aż Lawrence mną potrząsnął, pytając czy wszystko ok.
- Tak, tak… - wymamrotałem, a później drżącym głosem wyszeptałem do słuchawki: - Jak to się powiesił?
Mary i Arthur, moi kuzyni, byli najbliższymi mi osobami. Arthur miał podobne problemy, co ja, ale niedawno z nich wyszedł, przynajmniej tak się wszystkim wydawało. Chyba jednak nic nie było dobrze, jeśli popełnił samobójstwo. A obiecywał mi, że będzie silny i się nie podda! Co za kłamca! Nienawidziłem go w tamtej chwili z całego serca! Jak mógł nas zostawić…
- No… powiesił… Zna… znalazłam go dziś rano… w sypialni… A w-wieczorem b-był taki szczęśliwy… Chris… co teraz będzie…? – wyszlochała, a ja oparłem się plecami o ścianę, wciąż byłem w głębokim szoku i nie wiedziałem co mam ze sobą zrobić.
Arthur mi obiecał, że mnie nie zostawi, i że obaj wyjdziemy z tego bagna… Co za beznadzieja…
Nienawidzę cię, Arty!
- Nie wiem… - wyszeptałem i się rozłączyłem.
Lawrence całkiem zapomniał o gniewie i kiedy tylko wrzuciłem telefon na dno plecaka, szturchnął mnie lekko i spytał:
- Co się stało?
Nie chciałem mu opowiadać! To nie jego interes, co się u mnie dzieje! Niech się wszyscy ode mnie odwalą! Miałem ochotę iść do domu i się pociąć… i byłem pewien, że jak tylko skończę lekcje, to to zrobię.
- Nic. Wszystko ok – odpowiedziałem, panując nad głosem, jak zawodowy aktor. Nic nie wychodziło mi tak dobrze, jak ukrywanie swojej rozpaczy. – Wszystko w porządku, Lawrence, możesz spalić te rysunki…

 Dzięki wielkie za przeczytanie. Komentarze mile widziane. Law-chan.

1 komentarz: