Ból istniał i będzie
istnieć, tylko w zmienionej formie.
Dzień, jak co dzień.
Szaro, ponuro, wieje, pada. U mnie jeszcze gorzej, jakby pogoda była
czubkiem góry lodowej tego, jak się czułem w środku.
Ech, codzienność…
Cóż za cholerstwo…
Kiedy szedłem
korytarzem do klasy, wyglądałem chyba jeszcze gorzej niż zwykle,
bo nikt mnie nie wyśmiał ani nie zaczepił. Pewnie uznali, że już
wystarczająco mnie zgnębili i pójdę się zabić, albo coś sobie
zrobię…
Ale ja jakoś się
trzymałem, bo bałem się śmierci bardziej niż codzienności i
cierpiałem, żyjąc i wytrzymując to, jak mnie wszyscy traktowali.
Gdy wszedłem do klasy
1A liceum, w środku zapanowała przez moment martwa cisza i czułem
się jak zupełnie niechciana i niepotrzebna osoba, która burzy
ogólny porządek. Jednak po chwili wszystko ruszyło znowu, więc
mogłem odetchnąć z ulgą. Naprawdę musiałem kiepsko wyglądać,
bo nawet Brian nie zaszczycił mnie swoją poranną kpiną, tylko
dalej gadał z Max’em, Deanem i Will’em.
- Jak było z Patsy? –
dosłyszałem Max’a, a odpowiedź Briana zagłuszył dzwonek na
lekcję.
Angielski.
Usiadłem z tyłu, przy oknie, tam gdzie zwykle. Sam. Zamiast książek wyciągnąłem notatnik z rysunkami, bo wiedziałem, że żaden nauczyciel i tak nie przyjdzie. Nasze liceum już takie było.
Usiadłem z tyłu, przy oknie, tam gdzie zwykle. Sam. Zamiast książek wyciągnąłem notatnik z rysunkami, bo wiedziałem, że żaden nauczyciel i tak nie przyjdzie. Nasze liceum już takie było.
Zacząłem rysować to,
co widziałem za oknem, próbując wyrzucić tym z siebie jak bardzo
czułem się samotny. Przez to moje rysunki zawsze były pozbawione
życia, szare i monochromatyczne, chociaż moja depresja rozwijała
się nadal bujnie, jak jakaś winorośl, opanowując mnie całego.
Około pięć minut po
dzwonku, kiedy pokrywałem następną kartkę nic nie znaczącymi
bazgrołami, drzwi klasy się otworzyły i wszedł Lawrence.
Lawrence Carter.
Jeszcze bardziej samotny
ode mnie, nie miał nikogo, ale sprawiał wrażenie, jakby mu to
wcale nie przeszkadzało. Wyniosły, pewny siebie, chłodny, wręcz
lodowaty i opanowany mimo wszystko. Jeszcze nie widziałem, żeby się
uśmiechał. Gej.
To pewnie głównie z
tego powodu był osamotniony, w tym liceum prawie nikt nie tolerował
homoseksualistów. Mi było wszystko jedno.
Patrząc na Lawrence’a
okiem artysty, mogłem powiedzieć, że jako człowiek był ładny,
jeśli nie piękny.
Był szczupły, wysoki
na metr osiemdziesiąt, ubierał się na ciemno, a jego cechą
charakterystyczną były włosy. Nikt inny takich nie miał. Były
długie do połowy ud, lekko kręcone i zwiewne jak jedwab.
Kruczoczarne, ale gdy się na nie czasem patrzyło, można było
dostrzec fiolet i granat.
Nie, to nie tak, że się
nim interesowałem, każdego tak obserwowałem, po części dlatego,
że oceniałem kogo mógłbym narysować, a po części, bo byłem
ciekaw, jak zachowywali się ludzie w moim wieku, którzy mieli
kumpli. Kiedy widziałem, jak się śmieją, cieszą i są
szczęśliwi, cholernie mnie to bolało, ale nic nie mogłem na to
poradzić.
- Pedał! – krzyknął
Brian do Lawrence’a, ale ten nawet nie spojrzał w jego stronę,
już nie mówiąc o całkowitym zignorowaniu jego słów z godnością,
której mógłby pozazdrościć król.
Jego – w
przeciwieństwie do mnie – nikt nie dręczył fizycznie. Kiedy na
początku roku szkolnego jakiś kretyn z 3-B próbował go pobić,
skończył w szpitalu z wybitą szczęką, brakowało mu kilku zębów,
złamanym nosem, połamanymi żebrami i nogą oraz krwotokiem
wewnętrznym, a Lawrence wyszedł z tego starcia bez najmniejszego
zadrapania, więc nikt wolał nie ryzykować.
W jego przypadku
dręczenie psychiczne też nie odnosiło żadnych rezultatów, ale
Brian każde powitanie z nim uparcie zaczynał od „pedał!”,
potem głosił kazania o tym, że geje to najgorsze zło i żeby ich
wszystkich zabić i inne bzdury tego typu, chociaż ostatnio mu
przeszło, bo wszystkim to się znudziło, a Lawrence jak był
opanowany, tak opanowany był dalej, bez zmian.
Inaczej to się miało
ze mną. Jeszcze nie było tygodnia od początku roku szkolnego, żeby
mnie nie pobili. Zawsze szli za mną w pięciu albo sześciu, więc
nie miałem szans, żeby się obronić, już nie wspominając o
wygranej. Jak już byłem cały w siniakach, to zabierali mi
pieniądze i komórkę. Rodzice się na mnie wściekali, że ciągle
„gubię” telefon i kupując mi nowy, powtarzali, że następnego
nie dostanę.
Słowa kpin szkolnych
kumpli zawsze uderzały w samo sedno, co już do reszty zepsuło mi
psychikę. Doszło do tego, że marzyłem, żeby moje życie się
skończyło, żebym nie czuł tego nieznośnego ciężaru i żebym
się nigdy nie urodził.
Lawrence przeszedł obok
mnie, a ja szybko odwróciłem wzrok, żeby nie zobaczył, że się
mu przyglądam. Jednak zaraz potem dostrzegł, że z jego ławką
jest coś nie tak – a dokładniej była pomazana sprayem, a jedna
noga niebezpiecznie sterczała – zawrócił, wiedząc, że nie ma
więcej wolnych miejsc oprócz mojego. Rzucił plecak koło krzesła
i przysiadł się do mnie.
Za jakie grzechy!!!
- Chris, nawet po tobie
się nie spodziewałem, że będziesz się zadawał z tą ciotą –
powiedział głośno Brian, reszta klasy zamarła w oczekiwaniu, co
odpowiem, tylko Will, Max i Dean śmiali się kretyńsko.
Poczułem, jak policzki
zaczynają mnie piec ze wstydu, aż w końcu wymamrotałem ciche:
- Odpieprz się.
Dlaczego nie mogli
zostawić mnie w spokoju?!
Lawrence zauważył, że
trzęsły mi się ręce z nerwów, a ołówek prawie wbiłem w
kartkę, ale nic nie powiedział, tylko wyjął swój zeszyt.
Grubszego nie widziałem. Otworzył kilka stron przed końcem. Pismo
miał staranne i równe, kartki były czyste, nie było na nich plam
ani pobazgranych marginesów. Poza tym jego dłonie też były
piękne, dopiero teraz to zauważyłem. Miał długie, smukłe palce,
a na nadgarstkach nosił wiele rzemyków, których frędzelki opadały
na kartki zeszytu.
Zaczął pisać, a ja
zdenerwowany tym, że wszystko już wpadło w błędne koło i każdy
mój dzień zaczynał się od jakiejś poniżającej uwagi, nie
wiedziałem, co mam ze sobą zrobić. Byłem już całkiem pogubiony
i nie umiałem dać sobie ze sobą rady.
Reszta rysunku wyszła
mi krzywo i nieskładnie, a lekcja się skończyła. Wyszedłem do
toalety, bo z tych nerwów i strachu przed następnym pobiciem –
oni zawsze znajdywali powód – zrobiło mi się duszno. Oparłem
się o umywalkę, patrząc na swoje odbicie, którego szczerze
nienawidziłem. Miałem zielono-piwne oczy i półdługie jasne
włosy, które skrywałem pod czarną, cienką czapką, a tylko
końcówki wystawały. Sińce już zeszły, a rozcięta w zeszłym
tygodniu warga prawie się zagoiła. Miałem metr siedemdziesiąt
sześć i byłem chudy jak anorektyk, ale to nie tak, że miałem
wstręt do jedzenia, po prostu nie byłem głodny. Nie odchudzałem
się, nawet mi to przez myśl nie przeszło, to z nerwów nie mogłem
jeść, pewnie miałem wrzody.
Po kilku minutach, kiedy
poczułem się trochę lepiej, usłyszałem kroki paru osób i już
wiedziałem, że było źle. Wyprostowałem się, a Brian uśmiechnął
się do mnie promiennie i spytał:
- Możemy zająć ci
chwilkę?
A potem z całej siły
dostałem w brzuch.
*
- Spokojnie –
powiedział cicho Lawrence, zarzucając sobie moje ramię na szyję.
Ledwo mogłem ustać na
nogach, więc musiał mnie dźwigać, ale był silny. Jakoś
wytaszczył mnie z toalety, a ja straciłem przytomność i ocknąłem
się dopiero na leżance w gabinecie pielęgniarki.
- Co się stało? –
spytała pielęgniarka.
Kręciło mi się w
głowie i bolał mnie brzuch, krew leciała mi z nosa, a prawa dwójka
niebezpiecznie ruszała mi się w dziąśle.
Lawrence odpowiedział
za mnie.
- Znalazłem go przez
przypadek w toalecie i podejrzewam, że został pobity.
Podejrzewał?! To było
widać na pierwszy rzut oka!
Pielęgniarka –
najwyżej 25-letnia dziewczyna, która ran w życiu widziała mniej
niż ja i na wszystko stosowała krople żołądkowe – milczała.
Nawet nie podeszła, żeby mnie z grubsza obejrzeć, a Lawrence,
wkurzony jej niekompetencją, wyciągnął z kieszeni komórkę i
zadzwonił na pogotowie. Podał adres szkoły i powiedział, że
zostałem ciężko pobity.
- Nie powinna pani tu
pracować – stwierdził lodowatym tonem, który uderzył w tę
pielęgniarkę bardziej niż gdyby wyzywał ją od najgorszych –
Chris, dasz radę wyjść przed szkołę?
- Nie wiem… -
wychrypiałem, czując mdłości od zawrotów głowy.
Lawrence podszedł do
mnie i pomógł podnieść mi się z łóżka. Kiedy wstałem, ostro
zakręciło mi się w głowie, więc Lawrence musiał mnie
przytrzymać, żebym nie upadł.
- Powoli, nie pali się
– mruknął, trzymając mnie mocno i wyprowadzając na korytarz.
Było pusto, dlatego pomyślałem, że muszą być lekcje. Na
zewnątrz świeże powietrze mnie trochę otrzeźwiło, Lawrence nie
musiał mnie podtrzymywać. Teraz świeciło słońce i było gorąco,
ale nie mi. Ja drżałem z zimna.
- Lawrence…? –
zacząłem niepewnie, przełykając z trudem ślinę.
- Tak?
- Dlaczego mnie stamtąd
zabrałeś? Mogłeś się mną nie interesować…
Milczał i pomyślałem,
że nie doczekam się odpowiedzi, ale po chwili odparł po prostu:
- Bo tak chciałem. – Spojrzał na mnie. – Może zdejmiesz tę bluzę? Jest ciepło.
- Bo tak chciałem. – Spojrzał na mnie. – Może zdejmiesz tę bluzę? Jest ciepło.
Takiej odpowiedzi się
nie spodziewałem, dlatego, całkiem zaskoczony, odpowie-działem mu
dopiero po chwili.
- N-nie… W bluzie jest
mi lepiej.
Faktycznie, chmury już
się rozwiały i wyjrzało słońce, ale mimo to nie mogłem zdjąć
bluzy. Po pierwsze, bo było mi bez niej strasznie zimno, aż
dygotałem, a drugi powód to to, że na rękach miałem rany. Po
żyletce. Nikt na pewno nie chciał ich oglądać, ja też. Były
obrzydliwe.
- Dobra, jak chcesz, ale
na taką bluzę jest za gorąco. Dlaczego ją nosisz?
Och, niech to pogotowie
już przyjedzie!
- No bo… mało jem i
mi przez to zimno. Organizm nie ma się czym ogrzać.
Po co miał wiedzieć o
żyletce?
- Rozumiem.
- Moje rzeczy zostały w
klasie… - mruknąłem.
- Przyniosę ci do domu.
- C-co?! N-nie musisz…
Jeszcze tego brakowało,
żeby przychodził do mnie do domu…
- Jak ci pomagam, to
chcę zrobić to porządnie. Wezmę je i ci przyniosę, wszystko by
ci zniszczyli – odparł ze zdenerwowaniem.
Później, ku mojej
szczerej uldze, wreszcie usłyszałem karetkę.
Wróciłem do domu
następnego dnia. Moi rodzice nawet po mnie nie przyjechali ani nie
odwiedzili, chociaż ktoś ze szpitala do nich dzwonił i powiadomił
o moim stanie. Do domu wróciłem na nogach, dobrze, że szpital
miałem bardzo blisko i dość dobrze się czułem. Za każdym razem
tak było, przejąłem się tylko za pierwszym razem, gdy nikogo przy
mnie nie było. Teraz to już normalne.
O tej porze nikogo nie
było w domu, tylko ja wracałem ze szkoły, dzisiaj ze szpitala.
Spojrzałem na wyświetlacz komórki. 13:26. Akurat skończyłbym
lekcje. Kiedy byłem na podjeździe, przy drzwiach zobaczyłem
LAWRENCE’A.
Kurde! Teraz wszędzie
będzie za mną łaził?!
- Cześć –
wymamrotałem, wyjmując klucze z kieszeni.
- Cześć. Lepiej ci?
W jego głosie nie było
ani trochę współczucia, jakby pytał z przymusu.
- Trochę, nie widać?
Po co przyszedłeś? Myślałem, ze moje rzeczy przyniosłeś
wczoraj.
Otworzyłem drzwi i
chcąc, nie chcąc, wpuściłem go do środka.
- Przyszedłem dać ci
lekcje. Nie było cię.
Zerknąłem na niego.
Wyglądał jak zwykle, lodowaty i niewzruszony, ale coś mi nie
grało. Dlaczego do mnie przyszedł? Dlaczego akurat on… Według
mnie kolegowanie się z gejem nie było zbyt… bezpieczne.
- Byłem w szpitalu…
jeszcze…
- Rodzice cię nie
odebrali?
- Tego… moi rodzice
nie bardzo się mną zajmują – mruknąłem pod nosem prawie
niedosłyszalnie.
- Rozumiem.
Odsunął plecak i po
kolei zaczął wyciągać zeszyty, a potem dał mi je. Ważyły chyba
z tonę. Nie zadawał już pytań, w ogóle nie zdawał się tym
zainteresowany, to może nawet lepiej, po prostu dał mi notatki i
wyszedł.
*
Cholera jasna! On mnie
prześladował!
W szkole znowu usiał ze
mną, ale nie odezwał się ani słowem, nawet gdy oddawałem mu
zeszyty. Zerknąłem na niego podejrzliwie, a kiedy nic nie mówił,
ani na mnie nie patrzył, tylko znów zajęty był swoim pisaniem i
ze skupieniem patrzył na kartkę, gryząc długopis, pomyślałem,
że lepszej okazji do narysowania Lawrence’a nie będzie.
Wyciągnąłem szkicownik i przyjrzałem się profilowi Lawrence’a,
którego twarz częściowo zasłaniały włosy.
Kilka minut później
miałem z grubsza naszkicowane jego rysy i kilka pasemek włosów.
Kreśliłem pierwsze kreski oka, a wtedy Lawrence zerknął na
szkicownik. Zmarszczył brwi, a ja myślałem, że ze wstydu się
spalę.
- Co to jest? – spytał
chłodno. – Kto pozwolił ci mnie rysować?
- No… nikt, ale… -
zacząłem, starając się na niego nie patrzeć. Miał przerażające
spojrzenie.
- To jakim prawem to
robisz?
- Pomyślałem, że…
och, no nie gniewaj się… głupio mi było pytać…
- Daj.
Odebrał mi szkicownik,
potem wstał i wyrzucił go do kosza. Siedziałem znieruchomiały,
jakby mnie przykleili do krzesła. Było mi głupio, jak cholera, a
Lawrence był na mnie wściekły. Chyba… Nie wiedziałem, czy był,
bo on zawsze tak się zachowywał, ale jeszcze nigdy nie wyrzucił
czyichś rzeczy do kosza.
- Przepraszam…
- Nie rysuj mnie więcej.
Ale z drugiej strony, co
mu to przeszkadzało! Nie chciałem go przecież poniżyć! To tylko
rysunek, którego i tak nikt nigdy nie zobaczy!
- Jak chcesz, kup nowy
zeszyt. Ten zostaw w spokoju – oświadczył, jakby w koszu była
jego własność.
Idiota…
Wyjmę go po lekcjach,
albo na przerwie.
Brian znów tylko na
mnie zerknął i nie odezwał się ani słowem, za to dłużej
wpatrywał się w Lawrence’a. Bardziej wrogo, niż zwykle. Miał w
oczach żądzę mordu.
Zadzwonił dzwonek, a ja
od razu podszedłem do kosza i wyciągnąłem zeszyt. Kiedy wróciłem
do ławki, podszedł do mnie Andrew. On zawsze był dla mnie
normalny, nie przeszkadzałem mu, jak reszcie ludzi z mojej klasy.
Był wielki i umięśniony, aż się dziwiłem, że nikogo nie bije
ani nie dręczy, bo miał do tego doskonałe warunki, a u nas w
szkole, jak się miało do czegoś warunki, to się to robiło.
- Mogę obejrzeć? –
zapytał w momencie, gdy zacząłem szarpać się z Lawrencem o
notatnik, bo znów próbował mi go zabrać.
- Zostaw to, kretynie! –
wydusiłem, kopiąc go w kolano, a rękami z całej siły ciągnąc
brzeg notatnika.
- Zostawię, jak będzie
w koszu! Masz mnie nie rysować! – odkrzyknął, oddając mi w
piszczel i ciągnąc za drugi brzeg zeszytu.
- Nie chcę dokańczać!
Odpieprz się!
Andrew w końcu chwycił
notatnik i obu nam go wyrwał, bo był niesamowicie silny, a mi w
ręku został tylko strzępek jakiejś kartki.
- Zamknijcie się obaj!
Chcę to obejrzeć! Lawrence, siedź, jak siedzisz! – nakazał mu,
gdy Carter już się podnosił, żeby mu odebrać moje rysunki.
Odszedł do swojej ławki, a Lawrence spojrzał na mnie lodowato,
jakby mnie chciał zamordować na miejscu.
- Jak ci je odda, to je
spalę – burknął, wracając do pisania. Miałem ochotę podrzeć
ten jego zeszyt na strzępy, ale sobie pomyślałem, że wtedy będzie
jeszcze gorzej, i że mnie pobiję, przez co znów wyląduję w
szpitalu. Przyglądałem się, jak pisze, dopóki w mojej kieszeni
nie zadzwonił telefon. Odebrałem pośpiesznie, najpierw dobrą
chwilę przeszukując plecak.
- Halo?
- Chris?
Usłyszałem głos mojej
kuzynki Mary. Chyba płakała, a w każdym razie była bardzo
zdenerwowana.
- Tak, co jest grane? –
spytałem cicho.
- Chris… Arty się
powiesił… - wyszeptała, po czym się rozpłakała.
Jakbym dostał z liścia.
I to naprawdę mocno. Przez moment nie mogłem normalnie oddychać.
Aż Lawrence mną potrząsnął, pytając czy wszystko ok.
- Tak, tak… -
wymamrotałem, a później drżącym głosem wyszeptałem do
słuchawki: - Jak to się powiesił?
Mary i Arthur, moi
kuzyni, byli najbliższymi mi osobami. Arthur miał podobne problemy,
co ja, ale niedawno z nich wyszedł, przynajmniej tak się wszystkim
wydawało. Chyba jednak nic nie było dobrze, jeśli popełnił
samobójstwo. A obiecywał mi, że będzie silny i się nie podda! Co
za kłamca! Nienawidziłem go w tamtej chwili z całego serca! Jak
mógł nas zostawić…
- No… powiesił…
Zna… znalazłam go dziś rano… w sypialni… A w-wieczorem b-był
taki szczęśliwy… Chris… co teraz będzie…? – wyszlochała,
a ja oparłem się plecami o ścianę, wciąż byłem w głębokim
szoku i nie wiedziałem co mam ze sobą zrobić.
Arthur mi obiecał, że
mnie nie zostawi, i że obaj wyjdziemy z tego bagna… Co za
beznadzieja…
Nienawidzę cię, Arty!
- Nie wiem… -
wyszeptałem i się rozłączyłem.
Lawrence całkiem
zapomniał o gniewie i kiedy tylko wrzuciłem telefon na dno plecaka,
szturchnął mnie lekko i spytał:
- Co się stało?
Nie chciałem mu
opowiadać! To nie jego interes, co się u mnie dzieje! Niech się
wszyscy ode mnie odwalą! Miałem ochotę iść do domu i się
pociąć… i byłem pewien, że jak tylko skończę lekcje, to to
zrobię.
- Nic. Wszystko ok –
odpowiedziałem, panując nad głosem, jak zawodowy aktor. Nic nie
wychodziło mi tak dobrze, jak ukrywanie swojej rozpaczy. –
Wszystko w porządku, Lawrence, możesz spalić te rysunki…
Dzięki wielkie za przeczytanie. Komentarze mile widziane. Law-chan.
Świetne. Pisz dalej. ^^
OdpowiedzUsuń