sobota, 23 sierpnia 2014

Rozdział 4

Wyjście z ukrycia nie jest tak proste, jak się wydaje…

Do domu wracaliśmy tylko we dwóch. Reszta mieszkała w innych częściach miasta. Było już ciemno, a ponieważ ostatnio było bardzo pogodnie, dzisiaj na niebie także nie było żadnej, nawet najmniejszej chmurki, więc bez przeszkód mogłem patrzeć na gwiazdy i nadawać swoje własne nazwy przypadkowym konstelacjom, które tworzyłem z gwiazd na chybił trafił. Księżyc osiągnął dzisiaj nów, a przynajmniej do takiego doszedłem wniosku, gdy nie mogłem go nigdzie dostrzec. Szliśmy z Law’em w kompletnym milczeniu, ale w końcu moja zabawa mi się znudziła, a cisza przerywana rykami silników samochodów, które nas mijały, stała się męcząca.
Gdy patrzyłem w gwiazdy, zacząłem się zastanawiać, czy Arty na mnie patrzy z góry. Bo chyba powinien, prawda…? A może byłem w błędzie? Co, jeśli po śmierci nic nie było i przepadaliśmy w nicość, tak po prostu?
- Lawrence?
- Tak? – Law, który dotąd patrzył przed siebie i sprawiał wrażenie, jakby kompletnie nic go nie interesowało, spojrzał na mnie uważnie.
- Jak myślisz, co jest po śmierci?
- Cóż… - zwrócił oczy ku niebu wymijająco i już myślałem, że mi nie odpowie, ale myliłem się. – Nie umiem tego wyrazić… ale na pewno nie pustka, jeśli o to ci chodzi. Coś na pewno nas czeka, nie możemy po prostu przepaść, ot tak – pstryknął palcami.
- Rozumiem… - odszepnąłem z powagą, a Law posłał mi lekki uśmiech.
W zamyśleniu zszedłem z chodnika i prawie wszedłem pod samochód, który w ostatniej chwili zatrąbił na mnie, a ja odwróciłem się szybko. Reflektor zaświecił mi prosto w twarz, kierowca nie miał czasu, żeby zahamować, za to ja – idiota – nawet nie pomyślałem o odskoczeniu z powrotem na chodnik.
- Chris, do cholery! – krzyknął Lawrence, łapiąc mnie za ramiona i ciągnąc do tyłu pośpiesznie, tak że obaj upadliśmy na chodnik. – Tak bardzo chcesz się dowiedzieć, co jest po śmierci?!
Kiedy samochód, który o mało mnie nie przejechał, mijał nas, dostrzegłem wściekłe spojrzenie wielkiego, tłustego kierowcy.
- Matko, jesteś taki durny – zdenerwował się Law, a potem walnął mnie w brzuch, ale ja tylko roześmiałem się głośno, ukrywając twarz w dłoniach. Lawrence chyba zaczął się zastanawiać czy przypadkiem nie uderzyłem się w głowę i teraz mi nie odbijało. – Z czego się tak śmiejesz, idioto?!
- Wi… widziałeś jego… twarz?! – wykrztusiłem między atakami śmiechu. – Jak… Jak wściekła świnia…
Zgiąłem się wpół, śmiejąc się jak szalony. Pomyślałem, że zaraz Law uderzy mnie raz jeszcze, ale on także zaczął się śmiać. Widocznie mój śmiech był zaraźliwy. Najpierw Lawrence zachichotał tylko pod nosem, jednak chwilę potem obaj ryczeliśmy ze śmiechu, leżąc na chodniku. Ludzie mijający nas w samochodach pewnie myśleli, że zerwaliśmy się z jakiegoś szpitala psychiatrycznego albo dostaliśmy ataku padaczki, lecz, na nasze szczęście, nikt się nie zatrzymał.
- Dobra… u-uspokój się już – wydyszał w końcu Law, ścierając łzy śmiechu z twarzy.
- Ok, ok…
Podniosłem się na nogi, podając rękę Lawrence’owi, który, kiedy wstał, jeszcze raz uderzył mnie w brzuch.
- Za co?! – krzyknąłem, jedną ręką trzymając się za brzuch, a drugą popychając Law’a.
- Następnym razem patrz pod nogi. Kto cię uczył chodzić chodnikiem?! Jakiś samobójca, co wchodził wszystkim pod koła?!
- Z-zamyśliłem się tylko! – odparłem, rozcierając obolały brzuch, a potem marszcząc brwi, znów ruszyłem w stronę domu.
- To miałem powiedzieć w kostnicy? – mruknął Law już trochę spokojniej, doganiając mnie. – „Czy wiesz może, jak to się stało?” – „Cóż, po prostu się zamyślił”.
Wywrócił oczami, odgarniając włosy za ucho. Znów szliśmy w milczeniu, tym razem Law szedł po zewnętrznej stronie chodnika, a ja popchnąłem go ze złością. Lawrence się nie odzywał.
No tak, skoro zabronił mi cięcia się i jakiegokolwiek kroku w stronę samobójstwa albo samookaleczenia, jak miał zareagować, kiedy o mało nie wszedłem pod samochód? Niby mi powiedział, że każde życie jest ważne i tak dalej, ale prawdę mówiąc, tak naprawdę nie wiedziałem co siedziało mu w głowie. Może… ja go jakoś pociągałem, planował na mnie… gwałt?
Kiedy zerknąłem na niego podejrzliwie, głośno przełykając ślinę, stwierdziłem, że Lawrence jednak wygląda na takiego, co mógłby mnie gwałcić…
Cholera jasna, o czym ja myślę?! Mózgu, co jest?!
Moją twarz chyba wykrzywił jakiś wstrętny grymas, bo Law, spojrzawszy na mnie, przystanął i spytał:
- Co się stało?
- Eee… nic! Zupełnie nic! Tak sobie rozmyślam – powiedziałem, być może trochę za szybko - Jak w ogóle było u trenera? – dodałem zaraz, próbując odwrócić uwagę Law’a od tematu moich rozmyślań. Nie mogłem mu przecież powiedzieć, że myślałem o tym, czy wygląda na gwałciciela. To by było samobójstwo.
Law uśmiechnął się pod nosem, a potem znów zaczął iść z jakimś nieokreślonym wyrazem twarzy, który przyprawił mnie o dreszcze. Nigdy nie mogłem rozszyfrować, co w danej chwili czuje Lawrence – tak dobrze panował nad emocjami! Matko… żebym ja tak umiał…
- Kiedy do niego weszliśmy, myślał, że chcemy go przeprosić, ale my od razu walnęliśmy prosto z mostu. Myślałem, że oczy ze zdziwienia wypadną mu na biurko. Jak już się pozbierał, to nas zwyzywał od idiotów i matołów, ale my od razu wyszliśmy. Wtedy tylko rzucił za nami, że jeszcze tego pożałujemy i wrócimy do niego, błagając na kolanach o przyjęcie z powrotem.
Nie byłem przyzwyczajony, że ktoś coś dla mnie robił, więc mnie to zdziwiło i zrobiło mi się trochę żal chłopaków, że musieli zrezygnować ze swojej pasji albo wysłuchiwać obelg trenera. Tak jakbym im to specjalnie zniszczył…
- Law? Skoro tak dobrze grałeś w siatkę, dlaczego nie zapisałeś się na początku roku do drużyny? Przecież znałeś Mike’a i resztę.
To pytanie dręczyło mnie, od czasu, kiedy Michael powiedział, że Lawrence był taki dobry w siatkówce. Jeśli tak świetnie my szło, musiała to być także jego pasja. Gdybym był na jego miejscu, na pewno w liceum też bym się zapisał, może nawet jako pierwszy.
- Hm… Po prostu nie widzę się w roli sportowca. To nie dla mnie.
- Czemu? Przecież zajebiście grasz!
- Nawet nie widziałeś jak gram – mruknął, wyginając się, żeby nie potrącić ramieniem przechodzącego koło nas chłopaka.
- Ale słyszałem od Mike’a. Mówił, że byłeś głównym rozgrywającym. Sam to mówiłeś!
- I co z tego? Dla mnie gra w siatkę to raczej zabawa, a nie sposób na życie.
- To co chcesz robić?
- Pisać.
- Pisać?! – prychnąłem.
- A co w tym złego?
Zastanowiłem się przez chwilę. W zasadzie nigdy nie czytałem czegoś, co wyszło spod ręki Lawrence’a, więc nie wiedziałem jaki miał styl, ani czy nadawało się do wydania, ale też nie wyobrażałem sobie kogoś w moim wieku jako pisarza. Dla mnie to właśnie było zabawą, hobby. Jak moje rysowanie. Szło mi całkiem nieźle, ale wydawało mi się, że nikt nie chciałby czytać moich komiksów albo kupować obrazów, które namalowałem.
- Nic – odparłem w końcu. – Po prostu ja ciebie nie widzę jako pisarza.
- A jako kogo mnie widzisz? Siatkarza?
- No… tak. Według mnie bliżej ci do siatkarza niż pisarza.
- Wiesz co? Mam gdzieś taką opinię – powiedział cicho. -  Nie widziałeś jak gram, ani nie przeczytałeś chociaż urywka mojej pracy, więc na jakiej podstawie tak sądzisz.
Wzruszyłem ramionami.
- Jesteś wysoki i dobrze zbudowany, nadajesz się do gry w siatkę, masz talent. Dlaczego nie miałbyś na tym w przyszłości zarabiać?
- A wiesz jak ja to widzę? – Jego głos wydał mi się nagle bardzo ponury. – Pogram pięć-sześć lat w siatkę zawodowo, potem kontuzja albo z drużyny wypchnie mnie jakiś świeżak i tułaj się po świecie. Nikomu nie pali się do utrzymywania kontuzjowanego siatkarza, nie? Pisać mogę bez względu na wiek. Mogę nawet wykładać na studiach, jak zrobię doktorat.
- No tak… - rzekłem po chwili z rozmysłem. – Jeśli tak na to spojrzeć…
Ziewnąłem szeroko, a zaraz po mnie Lawrence także. Chyba zrobiło się późno. Kiedy otwierałem usta, żeby jeszcze coś powiedzieć, telefon Law’a zaczął wibrować i grać jakąś śmieszną melodyjkę. Co jak co, ale nie podejrzewałem go o taki dzwonek. Law odebrał szybko.
- Co tam?… Jutro? – zerknął na mnie – Czekaj, zapytam. – Odsunął komórkę od twarzy. – Masz jutro czas po zajęciach? – Gdy pokiwałem szybko głową,  powiedział cicho: - Tak mamy czas… Hm, może na hali, jak zwykle?… Ok… Na razie.
- Co jest? – zapytałem szybko.
- Chłopaki organizują trening, więc zapytali czy pasuje nam jutro.
Wytrzeszczyłem na niego oczy. Jaki trening?! Przecież drużyna nie istniała!
Lawrence na widok mojej miny roześmiał się głośno i ściągnął mi czapkę, a potem poczochrał mi włosy. Popchnąłem go lekko, odbierając czapkę.
- No co? Myślałeś, że potrzebujemy trenera, żeby grać? On i tak się tylko wydzierał. A poza tym, jak chcesz, możemy iść później na basen. Umiesz pływać?
- Trochę… Kiepsko mi idzie… - wymamrotałem nieskładnie pod nosem.
- To nic, nauczę cię.
Prawdę mówiąc, nie chciałem iść na basen. Musiałbym się przecież rozebrać, a wtedy Law zobaczyłby świeże rany na moich przedramionach. Tak, wstyd się przyznać, ale nadal się ciąłem.
- I wiesz… Miałem ci nie mówić – powiedział nagle tajemniczym tonem – ale Mike zaprosił dziewczynę, która może ci się spodobać.
Pomyślałem, że przyjaźń z gejem wcale nie jest taka niebezpieczna. Gdyby była, ta dziewczyna nawet nie miałaby okazji mnie zobaczyć. Byłem pewien, że gdyby Lawrence był o mnie zazdrosny, byłby w stanie nie dopuścić do jej spotkania ze mną.
- Och… - odparłem tylko, zastanawiając się jak się wymigać od tego basenu, jednak właśnie wtedy przystanęliśmy przed moim domem. Światło świeciło się tylko w salonie, więc ojca jeszcze nie było, ponieważ on wieczorami – jeśli był – przesiadywał w gabinecie. Czasami w ogóle nie wracał na noc. Dlatego moje kontakty z nim były bardzo ograniczone, mojej matki także. Zacząłem się nawet zastanawiać, czy rodzice nie mają jakichś kochanków, co było bardzo prawdopodobne. Byliby do tego zdolni, odkąd pamiętam, ich relacje nie były jakieś bardzo zacieśnione.
- To dobranoc… - mruknąłem cicho, a przez głowę przemknęła mi szalona myśl, aby cmoknąć Lawrence’a w policzek na pożegnanie.
O czym ja myślałem?! Znowu…
- Dobranoc – Law przybił mi piątkę, a później odwrócił się na pięcie i poszedł do siebie. Mieszkaliśmy niedaleko siebie.
- Cholera… ja i pływanie – mruknąłem do siebie, ukrywając twarz w dłoniach, po czym pobiegłem do domu, naciągając z powrotem czapkę na uszy.

Przydały by sie komentarze,  brak ich mi tu ;____;

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz