poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Rozdział 3


Pozwólcie zniszczyć mi siebie. Proszę…

Kiedy wstałem, byłem obolały, jakby mnie z krzyża zdjęli. Musiałem twardo spać, skoro nie usłyszałem sygnału sms’a. Lawrence odpisał. Około północy. Przetarłem sennie zaspane oczy i odczytałem sms’a.
ŚWIETNIE. TRZYMAJ SIĘ. DOBRANOC.
Zerknąłem na godzinę. 06:02.
Pogrzeb był o 12. Miałem jeszcze cztery godziny. Musiałem  zastanowić się porządnie, co włożę. Nie pójdę w garniturze, tego byłem pewien, takie ubrania to nie dla mnie.
Ale to potem. Na razie ograniczyłem się do wstania z łóżka i pójścia pod prysznic.
Arty, dlaczego?
Ziewnąłem szeroko, czując zawroty głowy i że jestem słabszy niż zwykle. To dlatego, że wczoraj zupełnie nic nie jadłem, a normalnie wpychałem w siebie jakąś kanapkę albo miskę płatków śniadaniowych, chociaż nawet wtedy czasami mdlałem.
Skuliłem się w strumieniu ciepłej wody, myśląc znowu nad tym wszystkim. Czemu Arty nie wytrzymał? Dużo razy zadawałem sobie to pytanie, bo Arthur był silniejszy psychicznie ode mnie, więc teoretycznie to ja pierwszy powinienem coś sobie zrobić, a ja wciąż miałem się dobrze. Jego śmierć bolała jak cholera z dwóch powodów.
Pierwszy: byłem do niego bardzo przywiązany, chociaż byliśmy tylko kuzynami.
Drugi: Arty obiecał, że mnie wyciągnie z doła, z mojej depresji.
Teraz już go nie było. Będzie mi go strasznie brakować, ale na wyjście z doła szansę miałem nadal, wczoraj ją zyskałem, kiedy poszedłem do Lawrence’a. Nie zamierzałem się poddawać. Jednak nie tak łatwo mnie wykończyć. Miałem chyba w sobie coś z karalucha.
Pod prysznicem siedziałem o wiele krócej niż zwykle. Po pół godzinie stamtąd wyszedłem i wróciłem do pokoju. Zerknąłem na telefon, gdy szukałem sobie tymczasowego ubrania. Przyszedł następny sms.
JAK SIĘ CZUJESZ?
Tak, to właśnie była moja szansa na wyjście z doła.
Ubrałem się szybko, żebym nie zdążył zmarznąć.
DOBRZE. – odpisałem.
NIE POCIĄŁEŚ SIĘ?
Już ubrany położyłem się na łóżku.
NIE. SPAŁEM JAK ZABITY.
JADŁEŚ COŚ?
Westchnąłem, stwierdzając, że faktycznie muszę coś zjeść, bo kręciło mi się w głowie, byłem słaby i zmarznięty bardziej niż zwykle. Było mi wiecznie zimno właśnie dlatego, że nie jadłem, chociaż to może wydawać się dziwne. Było mi zimno, bo organizm nie miał energii, żeby mnie ogrzać.
NIE. DOPIERO WSTAŁEM. IDĘ COŚ SOBIE ZROBIĆ.
Gdy to wysłałem, pomyślałem, że to brzmi jakbym chciał popełnić samobójstwo.
DO JEDZENIA – dopisałem po chwili.
*
To, że Arty’ego nie będzie przy mnie nigdy więcej uderzyło we mnie z całą dobitnością, kiedy trumna była jeszcze otwarta i można było iść go zobaczyć. Byłem przyzwyczajony, że leżą tam jacyś nasi dziadkowie albo wujostwo w starszym wieku… i chodziłem ich zobaczyć z Artym. Za każdym razem, kiedy cała nasza rodzina się spotykała, my z Artym trzymaliśmy się razem. A teraz to ARTY tam leżał.
Spojrzałem na trumnę z daleka i na jej widok jakbym dostał w twarz. Zatrzymałem się, a rodzice poszli dalej. Nie byłem w stanie go zobaczyć, nie martwego.
Nie zobaczę go nigdy więcej!
Boże, jak to się stało…
W jednej chwili cała moja nadzieja na wyjście z depresji zniknęła, jakby jej nigdy nie było, jakbym do Lawrence’a nie poszedł.
- Chris! – zapiszczała Lizzy, moja pięcioletnia kuzynka. Chwilę potem poczułem uścisk jej chudych ramion na wysokości moich ud. Odwróciłem się i wbiłem w nią tępe spojrzenie, próbując otrząsnąć się z szoku, a po chwili przy niej kucnąłem. Ubrana była w prostą czarną sukienkę, blond włosy miała spięte na czubku głowy w kucyk.
Większość osób z naszej rodziny miała jasne włosy.
Lizzy objęła mnie za szyję, a ja wziąłem na ręce. Uczepiła się mnie kurczowo. Jak na swój wiek była inteligentnym dzieckiem, więc nic nie mówiła, była całkiem cicho, specjalnie dla Arty’ego.
- Cześć, ciociu – wyszeptałem do Marthy, siostry mamy.
- Hej, Chris… - odparła cicho i ruszyła w stronę trumny, chociaż miała na to jeszcze mniejszą ochotę niż ja. 
Razem z Lizzy staliśmy z boku i tylko patrzyliśmy, jak przychodzą kolejne osoby.
Zacząłem się zastanawiać, jaki jest sens tego wszystkiego. Po co właściwie żyjemy. Po co ktokolwiek na świecie żyje? Jaki jest w tym cel?
Znów doszedłem do złotej myśli „Lepiej, żeby mnie nie było”.
Kiedy z kościoła, po mszy, szliśmy na cmentarz, który widziałem już kilkanaście razy, poczułem się jakby wokół mnie była pustka. Jakby wszystko dookoła mnie było iluzją, ludzie nie byli prawdziwi, a przedmioty i wszystko inne ze mgły. Jakby zacięła mi się gra, a moja postać nie mogła się uwolnić. Czułem się uwięziony w swojej głowie, moje ciało samo się poruszało, bez mojego udziału.
- Chris… - wyszeptała Lizzy, nadal tuląc się do mnie. – Arty był cudowny, prawda?
- Taa… - odmruknąłem, także bez mojej woli.
Arty był nie mniej uwielbiany przez kuzynostwo, niż ja.
- Kochałeś go?
Dlaczego musi zadawać takie pytania?!
- Tak, jak brata.
- Ja też… Będzie mi go brakować, wiesz? Tobie też?
Skinąłem tylko głową.
Na ceremonii pogrzebowej stałem z tyłu tak, żeby nie widzieć, jak Arthur znika w tej dziurze, bo miałem świadomość, że to byłoby ostatnie pożegnanie, że się nie zobaczymy, a jeśli tego nie będę widział, to tak, jakby coś zostało niedopowiedziane i Arty wróci, żeby to dokończyć.
Na pogrzebie czułem się niesamowicie żywy. Jak jeszcze nigdy.    
Po wszystkim podeszła do mnie Mary. Ubrana w czarną sukienkę, rude włosy miała rozpuszczone, sięgały łopatek. Była piękna, ale jednocześnie wyglądała żałośnie. Oczy miała zapuchnięte i zaczerwienione od płaczu, na policzkach ciągnęły się szkliste smugi po wyschniętych łzach, a wciąż pojawiały się nowe.
- Chris… Co ja teraz zrobię…? Jak sobie bez niego poradzę…
- Chodź, Chris cię przytuli – wyszeptała Lizzy z lekkim uśmiechem dziecka, które jeszcze niewiele rozumie. Wypuściłem ją z objęć, a ona pobiegła do ciotki Marthy. Podszedłem do Mary, która natychmiast wtuliła się we mnie mocno i zaczęła płakać, mocząc mi bluzę łzami.
Tak, włożyłem jeansy i bluzę. Ktoś mógłby uznać to za brak szacunku, ale ja wiedziałem, że Arty by powiedział: „Stary, daj sobie z tym spokój. W garniaku wyglądasz beznadziejnie”. 
Nadal czułem się, jak w pustej przestrzeni, ale przytuliłem Mary, opierając podbródek na czubku jej głowy.
- Wszystko będzie dobrze, siostrzyczko…
*
Wróciłem do domu od razu. Autobusem. Nie mógłbym znieść tych fałszywych wyrazów współczucia, udawanej rozpaczy i kłamstw dorosłych, którzy już przed pogrzebem układali najróżniejsze wersje wydarzeń i podawali wszystkie możliwe powody dlaczego Arty się zabił, chociaż gówno wiedzieli, ale upierali się, że mówią prawdę.
Prawdziwą wersję znałem tylko ja i Mary.
Zamknąłem się w pokoju, mimo że byłem sam w domu, ale to po prostu z przyzwyczajenia, włączyłem telefon i napisałem do Lawrence’a.
NIE MAM SIŁY.
Wiedziałem, że gdzieś w szufladzie biurka mam żyletki, na taki właśnie przypadek, gdyby nie chciało mi się szukać w łazience. Poszedłem po nie, zostawiając komórkę na łóżku. Po chwili zaczęła wibrować, więc poszedłem odebrać. Lawrence.
- Co się stało? – spytał cicho z tą swoją cierpliwością i opanowaniem.
- No… byłem na tym pogrzebie… i to wszystko nie ma sensu… to ja powinienem tam dzisiaj leżeć… - wymamrotałem.
- Pieprzysz. Jesteś w domu sam?
- Taa…
- Zaraz przyjdę.
Rozłączył się. Patrzyłem tępo w ekranik komórki, a po chwili rzuciłem ją na fotel.
Po śmierci Arty’ego byłem całkiem zagubiony, tylko to stłumiłem. Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić i jak poradzić sobie bez niego.
Arty, zabiłeś mnie…
*
- Chris… Chris, żyjesz? Chris! – Lawrence potrząsnął mną mocno, a ja sennie otworzyłem oczy. – Ty idioto.
Spoliczkował mnie mocno, a potem zebrał z łóżka żyletki i wyrzucił je przez otwarte na oścież okno. Sam musiał je otworzyć, ja nigdy nawet go nie uchylałem, kiedy byłem w środku, bo było mi za zimno.
Położyłem dłoń na piekącym policzku.
Spojrzenie Lawrence’a, które było ostre jak odłamki szkła, padło na pustą fiolkę po tabletkach nasennych. Kiedy ją zobaczył, po chwili bezruchu złapał mnie za ramiona i podniósł na wysokość swojej twarzy, a ja ledwo klęczałem na tym łóżku, byłem zbyt… zmęczony. – Wziąłeś całą fiolkę?! - Nie czekając na moją odpowiedź, której i tak nie zamierzałem mu dawać, zapytał: - Gdzie łazienka?
- Naprzeciwko…
Musiałem usnąć, ale spałem bardzo krótko, bo Law mieszkał blisko mnie i szybko przyszedł. Poza tym, krew nadal ciekła z wąskich cięć po żyletce. Minęło tylko kilka minut. Moja krew wolno krzepła.
Lawrence otworzył drzwi naprzeciw mojego pokoju i z trudem zaciągnął mnie do łazienki. Niemal usnąłem w jego ramionach, ale Law spoliczkował mnie mocno, co trochę mnie rozbudziło, po czym, nachylając mnie nad kiblem, na siłę wepchnął mi palce do gardła, przez co mój żołądek przeszył dziwny dreszcz. Kiedy próbowałem zwymiotować te wszystkie tabletki, Law zaczął czegoś szukać w szafkach, a ja powoli wstałem z klęczek, ocierając usta, podszedłem do okna i otwarłem je szeroko, żeby zaczerpnąć powietrza. Było mi słabo…
- Siadaj – nakazał mi Law cicho, wskazując na łóżko, kiedy wróciliśmy do mojego pokoju. Wziął z łazienki bandaże, watę i wodę utlenioną.
Usiadłem, nie protestując, nie mówiąc ani słowa, a on zajął miejsce obok mnie, chwycił mnie za rękę, a kiedy ułożył ją sobie na kolanach, zaczął przemywać ją wodą utlenioną. Szarpnąłem się, bo zaczęło bardzo szczypać, ale Law przytrzymał mnie mocno, kontynuując.
- Czuję się beznadziejnie – wyszeptałem ledwo poruszając spierzchniętymi ustami.
- Domyśliłem się – odparł sucho Lawrence. – Dlaczego?
Milczałem.
- Chris…? – spytał już łagodniej. – Chris, miałeś mi zaufać. Powiedz.
Kiedy bandażował moją rękę, zebrałem się w sobie i zacząłem opisywać, jaki jestem zagubiony, chociaż nie wiem, czy Law coś z tego zrozumiał, bo mówiłem, jak potłuczony, bez ładu i składu. A Lawrence, wysłuchawszy wszystkiego w milczeniu i ze spokojem, powiedział:
- Teraz masz mnie, nie zapominaj o tym. Obiecałem, że ci pomogę.
- Ale, Law! Ty nic nie rozumiesz! Arty też obiecywał, dużo więcej! I żadnej z tych obietnic nie spełnił! Obietnice nic nie znaczą!
- Nie jestem Artym. Dla mnie obietnice dużo znaczą i ja cię nie zostawię. Przysięgam na własne życie.
- Dlaczego…?
Law uśmiechnął się lekko i starannie zawiązał bandaż.
- Zadajesz głupie pytania. Wyjaśniałem ci to już. To, dlaczego cię lubię, też. A teraz ty mi obiecasz, że już nie będziesz próbował samobójstwa.
Odwróciłem wzrok i mruknąłem wymijająco:
- Dobra tam…
- To nie jest obietnica. Wyraźnie i głośno.
Naciągnął bluzę na moje opatrzone i obandażowane przedramię. Dalej wydawało mi się dziwne, że tak się o mnie troszczy. Nie chodziło mi o to, że był gejem, czy coś takiego, wydawało mi się dziwne, że KTOKOLWIEK się o mnie martwi. 
- Obiecuję, że się już nie potnę.
- Na razie może być. Jak już przyszedłem, to może coś porobimy? Pogramy na konsoli?
Opadłem na plecy i zamknąłem oczy.
- Chcę spać…
- Nie ma spania, nie po tych tabletkach – odparł natychmiast Law, potrząsając mną, a ja z westchnieniem podniosłem się, przecierając klejące się oczy.
Obaj usiedliśmy z powrotem i trwaliśmy przez krótki moment w milczeniu, a potem Lawrence oznajmił:
-  Zapisujemy się do klubu siatkówki.
Spojrzałem na niego jak na debila. Ja i siatkówka… To jakaś kpina! Zemdlałbym już na początku pierwszego seta, przecież prawie nie jadłem. Ale Lawrence wydawał się z tego pomysłu całkiem zadowolony, jeśli nie zachwycony. Zaczynałem się go bać…
- Jesteś pewien?
Ale Law jedynie skinął głową i już wiedziałem, że od jutra będę musiał jeść, żeby nie trzeba było wieźć mnie do szpitala. Po raz kolejny. Postanowiłem zjeść coś natychmiast, abym zdążył nagromadzić wystarczająco energii i nie zbłaźnić się na pierwszym meczu, jak ostatni matoł. Kiedy zeszliśmy do kuchni i ja przeszukiwałem szafki, a Law lodówkę, ojciec wrócił z pogrzebu, co wydało mi się dziwne. Wrócił sam, bez matki… No cóż, ostatecznie to jej siostrzeniec został dziś pochowany, ojciec uważał, że nie ma nic do tego, ale on również się zdziwił, widząc obok mnie Lawrence’a, który natychmiast się wyprostował i się przywitał.
- Dzień Dobry – odparł ojciec, a potem zwrócił się do mnie: - Kto to jest?
- Kolega z klasy… - wymamrotałem, powoli zamykając szafkę z płatkami śniadaniowymi, chociaż nie wiem czego tam szukałem, skoro mieliśmy zrobić obiad.
- No tak… zapisujemy się do szkolnego klubu i chciałem jeszcze o tym z Chrisem pogadać, sam pan rozumie – mruknął lekko Law, ani myśląc o zaprzestaniu przeszukiwania lodówki. Przestał dopiero, gdy kopnąłem go w kolano.
- Może byś się przedstawił, młotku… - syknąłem.
- No tak… Nazywam się Lawrence Carter, miło mi pana poznać.
Kurde… ja nigdy bym się tak nie odezwał do czyjegoś ojca. Co najwyżej wymamrotałbym coś pod nosem, czego nikt by nie zrozumiał. A Law patrzył odważnie na mojego, który, bądź co bądź,  był ogromnym facetem o groźnym spojrzeniu. Miał nawet drugi podbródek. Ale za to był prezesem ogromnej firmy, choć ostatecznie nie interesowałem się czym się zajmowała.
Ojciec zdjął marynarkę i rzucił ją na oparcie jednego z pięciu krzeseł przy dębowym stole. Nie byłem pewien jakie dokładnie wrażenie sprawił na nim Lawrence, ale grzebanie w naszej lodówce bynajmniej mu nie pomagało, choć ojciec lubił wygadanych ludzi.
- Co robicie? – spytał z ponurym wyrazem twarzy, rozpinając mankiety koszuli.
- Obiad – odparł Lawrence, a potem znów zniknął w naszej lodówce. Swoją drogą, wolałbym, żeby związał te włosy, bo jak ojciec znajdzie później jakiegoś w jedzeniu, to Law całkiem straci w jego oczach. Zostanie zdegradowany do roli włochatego szkodnika przeszukującego cudze lodówki.
- Naprawdę…? – mruknął bez zainteresowania ojciec, po czym wziął marynarkę, a wychodząc z pokoju, rzucił przez ramię: - Tylko, żeby był dobry…
Kiedy znów zostaliśmy we dwóch z powątpiewaniem zerknąłem na Lawrence’a, który zamknął lodówkę nogą, ponieważ ręce miał zajęte kartonem mleka i pomidorami. Odłożył je na blat, a później podszedł do szafki i wyjął paczkę makaronu.
- Co? – mruknął do mnie, gdy podchwycił moje spojrzenie. Następnie schylił się i zaczął przeszukiwać dolne półki w poszukiwaniu garnków.
- Umiesz gotować? – spytałem w końcu, wyjmując z szuflad noże oraz deskę do krojenia. Matka zabiłaby nas, gdybyśmy zostawili na blacie chociaż jedną ryskę.
Law napełnił jeden garnek wodą. Gdy wstawił go na kuchenkę i włączył ogień, odparł po prostu:
- Nie.
A później nakrył garnek pokrywką.

Jeśli ktoś to czyta to proszę o komentarz :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz