Duch walki to jednak nie to samo co talent…
- Jak się nazywasz? – zapytał trener naszej szkolnej drużyny siatkarskiej, wpatrując się ze skupieniem w formularz zgłoszeniowy. Był wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną w średnim wieku z włosami ściętymi na jeża w kolorze jesiennych liści i dużymi, wyłupiastymi oczami. Trochę mnie przerażał. Poza tym, zdążyliśmy już z Law’em odrobinę poznać drużynę siatkarską, która przyjęła nas jak swój swego. Była to wyłącznie męska drużyna, bo żeńską prowadziła trener Tono z Japonii, która uczyła mnie wf-u na początku pierwszego semestru.
Drużyna powiedziała nam, że trener Harlow to całkiem fajny gość, ale bardzo nerwowy, więc podczas meczu cały czas słychać jego krzyki wściekłości.
- Nazywam się Christopher Gabriel Slade, prze pana – odparłem cicho.
- Chodzisz do pierwszej klasy, tak? – mruknął trener, zaznaczając coś w formularzu, a ja gorliwie pokiwałem głową. – Grałeś wcześniej w siatkówkę?
- Nie…
Trener zerknął na mnie, później znów coś naskrobał na kartce. Za to mnie oblał zimny pot. Czułem, że mam coraz mniejsze szanse na dostanie się do drużyny.
- Jesteś dość… marnej budowy – powiedział w końcu trener. – Jesteś też niski.
- Wiem, ale – starałem się za wszelką cenę, bo Lawrence powiedział, że jeśli się nie dostanę, to osobiście zadba, żeby zabrano mi telewizję, komputer, konsolę i rysownik – bardzo mi na tym zależy. Jeśli pan mnie przyjmie, zyska pan zawodnika pełnego uporu i ducha walki. Bardzo pana proszę…
Trener w skupieniu przygryzł końcówkę długopisu, jakby toczył wewnętrzną kłótnię, czy mnie przyjąć czy nie. Serce waliło mi jak młotem, zupełnie jak wczoraj, gdy ojciec powiedział, że nasz obiad nadaje się jedynie do kosza. Poza tym, wbrew temu, co myślałem o tym pomyśle wczoraj, dzisiaj naprawdę zależało mi na dostaniu się do drużyny i bez gróźb Lawrence’a.
W końcu trener wstał, rzucił długopis i formularz na biurko, a później powiedział:
- Cóż… Upór to nie to samo, co wrodzony talent, młody. Zobaczymy co potrafisz. Jeśli wygrasz z Michaelem jeden na jeden to cię przyjmę.
O kurczę… gorzej być nie mogło…
Wyszedłem za trenerem na korytarz, gdzie czekał Law oparty o ścianę. Dziś po raz pierwszy widziałem go w związanych włosach. Kiedy nas zobaczył, od razu podszedł do mnie i zapytał pospiesznie:
- I jak? Wziął cię?
Law miał to już za sobą. Jego trener przyjął bez słowa szemrania, bo był dość wysoki, odpowiednio zbudowany, a w poprzedniej szkole także należał do klubu siatkarskiego, który wygrywał zawody letnie i zimowe już siedem razy z roku na rok. Nawet ja słyszałem o tej drużynie, i gdy Lawrence powiedział mi wczoraj, że był w niej głównym rozgrywającym, potrzebowałem kilku minut, żeby dojść do siebie.
- Jeszcze nie wiem. Mam zagrać z Mikem 1 na 1 i jeśli wygram, przyjmie mnie.
Law jedynie zmarszczył brwi, odruchowo odgarniając pojedyncze kosmyki za ucho, ale nie odezwał się już ani słowem, póki nie przekroczyliśmy progu sali, gdzie odbywały się treningi. Wtedy moim oczom ukazała się ogromna hala. Poczułem się w niej naprawdę malutki, nigdy wcześniej w niej nie byłem, bo na wf chodziliśmy do innej sali, poza tym, ćwiczyłem niezwykle rzadko.
Lawrence mruknął tylko:
- My mieliśmy większą.
Na środku hali już ćwiczyła cała drużyna, która podzieliła się na dwie mniejsze, grające przeciw sobie. Patrzyłem na chłopaków, stojąc nieruchomo, jakby ktoś mnie zaczarował, zamienił w bardzo zachwycony posąg. Zazdrościłem im wprawy oraz zręczności, będąc jednocześnie pewnym, że ja nigdy nie zdołam osiągnąć takiego poziomu.
Przez chwilę wszyscy trzej podziwialiśmy grę, a później trener zagwizdał i chłopaki jednocześnie przerwali mecz, odwracając się w naszą stronę. Kiedy poczułem na sobie ich wzrok, poczułem się jeszcze mniejszy, ale stres związany z grą 1 na 1 z Mikeyem to co innego. Nogi miałem przez to jak z galarety, nie miałem pojęcia jak w ogóle stanę z nim twarzą w twarz.
- No, chłopaki! Jak zapewne wiecie, mamy nowego członka, Lawrence’a Cartera! Chris musi jeszcze przejść test! Michael, chodź tu! Reszta ma przerwę!
Trener krzyczał naprawdę głośno, ale drużyna jego polecenie potraktowała, jakby wszyscy byli Mikeyem i przyszli wszyscy. Mike podszedł do trenera, który tłumaczył mu warunki przyjęcia mnie do drużyny, a pozostali dodawali mi otuchy – przynajmniej starali się.
Mike był całkiem miłym facetem. Przeważnie uśmiechnięty. Chodził do 1-C, nie najgorzej się uczył. Miał niemal 2 metry wzrostu, kręcone ciemne włosy oraz ciemnozielone oczy. Gdy na mnie spojrzał z wesołym błyskiem w oku, poczułem się trochę pewniej. Potem przez kilka sekund uzgadniał jeszcze coś z trenerem, ja natomiast czułem się, jakby moje serce miało zaraz wyskoczyć na parkiet. Starałem się słuchać rad chłopaków, ale mówili wszyscy na raz, więc powstał tylko szum. Wymijająco kiwnąłem głową, patrząc na Lawrence’a, który stał na uboczu. Podszedł do mnie dopiero, gdy miałem wyjść na boisko i powiedział cicho:
- Nie martw się, wszystko będzie grało.
I dołączył do reszty drużyny.
Wraz z Michaelem zatrzymaliśmy się przy siatce, a ja odetchnąłem głęboko.
- Spokojnie, Chris. Wszystko w porządku, trener chce tylko pokazać kto tu rządzi. Nie będę grał ostro, ok? – powiedział Mike szeptem z taką szybkością, że miałem problemy ze zrozumieniem. Skinąłem głową i przybiłem mu piątkę, po czym zajęliśmy miejsca po obu stronach siatki. Zerknąłem jeszcze na Law’a, który, gdy zauważył moje, łagodnie mówiąc, zaniepokojone spojrzenie, puścił mi oko, uśmiechając się uspokajająco. Kątem oka dostrzegłem jeszcze jak Patrick mi macha, a Johny pokazuje, że wszystko będzie ok.
Później rozległ się gwizdek trenera i rozpoczął się mecz.
*
Przegrałem…
Leżałem wyczerpany na deskach parkietu, piłka toczyła się leniwie pod okno, moja klatka piersiowa unosiła się szybko w rytm oddechu i bolała potwornie, a gwizdek trenera rozbrzmiał w moich uszach, jakbym był pod wodą. Po kilku sekundach zobaczyłem klękającego nade mną Mike’a, a kroki trenera, Law’a oraz reszty drużyny, która wspierała mnie głośno przez cały ten beznadziejny mecz, były coraz bliżej. Czułem się, jakby czas zwolnił bieg i wszystko widziałem w zwolnionym tempie. Krew szumiała mi w uszach ogłuszającym więc ledwo zrozumiałem, gdy trener Harlow powiedział:
- Cóż, młody… Trudno…
Później wszystko wyglądało tak, jakbym obserwował błyskawiczny rozwój burzy w ludzkiej postaci. Chłopaki najpierw byli całkiem oszołomieni, wszyscy zamarli i gdy to zobaczyłem przez mgłę zmęczenia i tłumionych łez, choć tak naprawdę nawet nie miałem siły płakać, pomyślałem, że to właśnie cisza przed burzą. Kilka sekund potem wszyscy zaczęli krzyczeć, wymachując wściekle pięściami i wykonując najróżniejsze gesty, niektóre naprawdę obraźliwe, więc dobrze, że trener ich nie zauważył, bo skończyłoby się to masowym wyrzuceniem z drużyny.
- Widział trener, jak on grał?! – krzyknął Sonny.
- Niech go trener przyjmie! – dodał Ralph.
- Tak się nie robi! – wybuch Mike.
- Trochę poćwiczy… - zaczął Matt.
- …a będzie grał w pierwszym składzie! – dokończył jego bliźniak Stan.
- Chris ma potencjał! – dorzucił jeszcze Bill, ale później trener krzyknął tak głośno, że jego wrzask zagrzmiał nad wszystkimi innymi, które natychmiast ucichły. Przy okazji opryskał chłopaków śliną.
- Powiedziałem, nie! Warunek był jasny, miał wygrać, ale przegrał! Nie widzę NAJMNIEJSZEGO problemu!
Kiedy trener obrzucił ich pogardliwym spojrzeniem, a później odwrócił się i odszedł, wszyscy wiedzieliśmy, że choć prawdziwy trening się nie odbył, na dziś to już koniec. Przez moment panowała zupełna cisza, a krew nie szumiała mi w uszach już tak bardzo, jedynie chciało mi się pić. Do tego miałem przemożne poczucie beznadziejności, bo chociaż tak bardzo mi na tym zależało, tak bardzo się starałem, a teraz leżałem wycieńczony i zlany potem na parkiecie – poległem. Patrzyłem beznamiętnie w sufit hali, dopóki Patrick nie podał mi ręki. Kiedy wyciągnąłem do niego swoją, która drżała z bólu od wielokrotnych serwów, bloków i przyjęć, złapał ją mocno i postawił mnie na nogi. Wyprostowałem się chwiejnie, a potem wyszeptałem:
- Jestem beznadziejny… - Spojrzałem przepraszająco na Lawrence’a, który znów przestał okazywać jakiekolwiek emocje, chociaż podczas meczu krzyczał głośno wraz z innymi, dopingując mnie ze wszystkich sił, a później przez zaciśnięte zęby wyszeptałem: - Przepraszam, Law…
On, widząc, że byłem bardzo bliski płaczu, za co mi było strasznie wstyd, podszedł do mnie i kiedy objął mnie, ukrył moją twarz w swoim ramieniu.
- Uspokój się, Chris. To, co powiedział trener, to pieprzenie, nie zostawimy tak tego. Nie rycz, jak ciota.
Potrząsnął mną mocno i brutalnie, jakby próbował wybić mi te cholerne łzy z głowy, ale one nieprzerwanie płynęły i nawet gdybym bardzo chciał, nie mogłem ich opanować. Za każdym razem tak było, a przynajmniej tak myślałem do czasu, kiedy Yuki – syn trener Tono. rosły Japończyk z numerem buta 46 – kopnął mnie mocno w mój kościsty tyłek i wytarmosił za włosy.
- Słyszałeś co powiedział Lawrence? Zaraz idziemy do tego starego zgreda, a ty przestań wreszcie ryczeć.
Płacz zniknął jak ręką odjął. Nic nie działało na mnie tak jak groźba faceta wyższego ode mnie o dwie głowy. Pociągnąłem jeszcze raz nosem, a później mruknąłem, ścierając ostatnie ślady łez z policzków:
- Dajcie sobie spokój…
I wyszedłem na korytarz. Tam spod drzwi wziąłem swoją torbę oraz bluzę, a potem ruszyłem powoli do wyjścia. Kiedy byłem już przy końcu korytarza, zastanawiając się, co będę robił, jak Lawrence będzie na treningach, ktoś za mną krzyknął, abym na niego poczekał, ale ja miałem to gdzieś. Wyszedłszy na korytarz, przejechałem na śliskich podeszwach butów spory kawałek, a później wykonałem bardzo dziwaczny taniec, próbując utrzymać równowagę, przez co woźna, która myła podłogę, albo raczej zalewała ją wodą z ociekającego mopa, spojrzała na mnie bardzo dziwnie. W końcu poślizgnąłem się i z krzykiem poleciałem do tyłu, ale zamiast upaść i stracić przytomność, ktoś idący za mną złapał mnie w ostatniej chwili. Spojrzałem w dół i zobaczyłem sportowe buty, po czym zadarłem głowę, dzięki czemu mogłem ujrzeć twarz Mike’a do góry nogami.
- D-dzięki… - chwiejnie się wyprostowałem, z powrotem zarzucając na ramię torbę, która spadła na podłogę, gdy próbowałem utrzymać równowagę. Cała była teraz mokra i ociekała wodą, niczym ten śmiercionośny mop woźnej.
- Następnym razem uważaj – roześmiał się Mike. Miał już na sobie czerwoną bluzę, której kaptur zarzucił na głowę mokrą od potu, przewieszony był paskiem dużej, szaro-niebieskiej torby sportowej, a w dłoni trzymał butelkę wody mineralnej.
- Tsa… - mruknąłem, znów ruszając do wyjścia, ale miałem wrażenie, że woźna i jej mop próbują mi to poważnie utrudnić. Mike na tych sportowych podeszwach prawie wcale się nie ślizgał. – Gdzie reszta? – zapytałem cicho, chociaż bardziej interesował mnie jakiś suchy kawałek podłogi, żebym mógł dojść do drzwi i się nie zabić.
- Wiesz… nie, żebym chwalił cię za błyskawiczne nawiązywanie więzi, ale reszta poszła zrezygnować z grania w siatkę. Kazałem im przekazać, że ja też się wypisuję.
Jakbym dostał z liścia w twarz bardzo mocno. Wszyscy zrezygnowali ze względu na mnie?! To jakaś kpina?! Nie chciałem przecież zabierać im pasji… ja tylko… przegrałem dwoma punktami…
Przystanąłem, o mało znów się nie przewracając, i spojrzałem na Michaela z oszołomieniem, ale on tylko uśmiechnął się wesoło, po czym podał mi butelkę wody. Ponieważ po tym wyczerpującym meczu miałem ogromne pragnienie, pochłonąłem na raz ponad pół butelki. Gdy skończyłem pić, schowałem ją do swojej torby, a Mike powiedział:
- Słuchaj, zaraz idziemy z Johnym i Patrickiem do takiej małej knajpki na obiad. Chcesz iść z nami, czy mamusia goni cię do wyrka?
Zamrugałem szybko. Kurde, za sprawą Lawrence’a moje życie natychmiast zaczęło się zmieniać. Jeszcze parę dni temu nawet pomarzyć mi nie wypadało o czymś takim jak wyjście z kumplami do knajpy, a dzisiaj dostałem taką propozycję, jakbym dostawał je każdego dnia.
- Jasne, że nie goni! Głupi jesteś? – Po chwili wahania dodałem: - A Lawrence idzie?
- Tak. Powiedziałem chłopakom, żeby go zabrali. – Mike też się zawahał, ale za moment też dokończył: - Wiesz… na pewno by nie chciał, ale pójdzie, skoro ty idziesz.
Skinąłem głową, nie do końca wiedząc, co Michael ma przez to na myśli, a resztę drogi na zewnątrz pokonaliśmy w milczeniu. Teren szkoły był opustoszały, zresztą jak wszystkie korytarze, bo było już po zajęciach, tylko klub siatkówki zostawał dziś dłużej, ale od dzisiaj klub i tak już nie istniał.
- Znałeś Lawrence’a wcześniej? – zapytałem po kilku minutach.
- Tak, chodziłem z nim wcześniej do jednej klasy. Graliśmy razem w siatkę, w naszej starej szkole wiszą zdjęcia naszej drużyny wraz z pucharem. Pokażę ci je kiedyś, co? Ja, Patrick, Johny, Peter, Dominic i Lawrence unoszący dumnie nasz puchar w całym tym konfetti i wstążkach. Wtedy nawet Law się uśmiechał… Nigdy nie utrzymywał z nami jakichś specjalnych więzi, zawsze był sam, dlatego zdziwiłem się, jak wczoraj do mnie zadzwonił i powiedział, że do nas dołącza, a do tego przyprowadzi ciebie. Taaak… to było dziwne – westchnął i myślałem, że rozmowa się urwie, ale Mike nagle przystanął na środku parkowej alejki, którą szliśmy do centrum. – Aha… i Chris…? Tak naprawdę… na meczu wcale nie dawałem ci forów. Musiałem dać z siebie wszystko.
Uśmiechnął się lekko, zdejmując kaptur, a ja pierwszy raz w życiu byłem z siebie dumny.