Śmierć
to najlepsze, co dostajemy od życia.
Siedzę
w pokoju, jest całkiem ciemno i zimno. Nie ma mnie kto podnieść z
podłogi. Płaczę. Łzy ciekną mi po policzkach i oprócz tego nie
istnieje dla mnie już nic. Nikt nigdy tego nie zauważa, ani że
dygoczę, leżę sam na podłodze. Jest taka zimna, a nowy telefon
leży na biurku. Nawet nie wiem, jak go użyć, bo nie mam po co.
Przecież nikt nie napisze ani nie zadzwoni.
Leżę
na plecach z zamkniętymi oczami, mając nadzieję, że już się nie
obudzę. Byłoby cudownie.
Nie
będzie lepiej, jestem tego pewien, czasem tylko mam napad euforii i
nadzieję na lepsze jutro, chociaż normalnie boję się każdego
nadchodzącego dnia. Sypiam tylko parę krótkich godzin, a resztę
nocy po prostu leżę z zamkniętymi oczami i czekam na śmierć, ale
ona nie przychodzi, choć tak bardzo ją o to proszę. Dlaczego
mojego życia nie może dostać ktoś, kto byłby szczęśliwy,
byłoby lepiej dla mnie i dla niego?
Dlaczego
mnie nie słuchasz?
I
czasami krzyczę! Krzyczę jak opętany! Ale w pustą przestrzeń…
Nie ma nikogo, kto mógłby to usłyszeć, nikogo, kto dawałby
mojemu sercu powód, aby biło, mocno i z całych sił.
Nikt
mnie nie słyszy…
Ja
pierdolę!
Za
to ja słyszę wszystko doskonale.
Słyszę
śmiech i szczęście, co dobija mnie jeszcze bardziej.
Dopiero
nad ranem podnoszę się z podłogi i idę pod prysznic, żeby umyć
twarz i zmyć krew z rąk. Kulę się pod prysznicem, w strumieniu
gorącej wody. To jedyne ciepło, jakie dostaję. Marzę, żeby
umrzeć w tym cieple, zamknąć oczy, nigdy się nie obudzić, śnić
o szczęściu… Pod prysznicem siedzę najdłużej, jak mogę,
przecież kiedy stamtąd wyjdę, znowu będzie zimno.
Ubieram
się.
Biorę
kanapkę na drugie śniadanie, którą i tak wyrzucę do kosza.
Wychodzę
do szkoły.
Wracam
do domu.
Martwy.
I…
tak mi zimno.
Idę
spać, żeby nie myśleć, chociaż tylko leżę zwinięty w kłębek
i nic nie czuję. Ciekawe, czy gdyby ktoś wiedział, jak bardzo
nienawidzę swojego życia, to by mi ulżył i je zabrał?
Ale
i tak nikt tego nie słyszy.
Pozwólcie
mi zniszczyć siebie. Proszę…
*
Wyszedłem
spod prysznica.
Od
czasu, kiedy zadzwoniła Mary, mówiąc mi o śmierci Arty’ego,
minęły 3 dni. Jutro pogrzeb. Nie wiedziałem, czy chcę jechać.
Wróciłem
do pokoju, żeby się ubrać w coś ciepłego, by nie było mi zimno.
W grubą bluzę, jeansy i trampki. Zarzuciłem plecak na ramię,
poszedłem do kuchni po kanapkę, powiedziałem matce „cześć”.
Nie odpowiedziała. Wyszedłem przed dom, patrząc na czubki swoich
butów.
-
Cześć, Chris.
-
Haa?!
Podniosłem
zdziwiony wzrok i aż podskoczyłem. Spodziewałem się każdego, ale
nie jego! Nie Lawrence’a…
-
Cz-cześć – wykrztusiłem, obciągając rękawy bluzy na
zziębnięte dłonie. – Co tu robisz?
Jeśli
dalej będę odpowiadał w ten sposób, Lawrence pomyśli, że się
jąkam.
-
Pomyślałem, że pójdziemy razem do szkoły. Nie za gorąco na taką
bluzę? – spytał zerkając na słońce, a ja spojrzałem na jego
bezrękawnik. Aż mnie przeszedł dreszcz.
-
Nie. Zimno mi.
-
Wszystko w porządku? Dobrze się czujesz?
Lawrence,
gdybyś tylko wiedział…
-
Tak – skłamałem, a on podszedł do mnie, przyglądając mi się
badawczo.
-
Dlaczego kłamiesz?
-
Nie kłamię. Wszystko ok.
-
Idziemy dziś po lekcjach do mnie – świadczył nagle. Myślałem,
że się przesłyszałem, więc wykrztusiłem tylko „co?!”,
całkiem zaskoczony, a Lawrence powtórzył cierpliwie: - Idziemy do
mnie. Głuchy jesteś?
-
Nie mogę dzisiaj…
-
Nie pytałem, czy możesz – wzruszył ramionami.
Wyglądało
na to, że chciał mnie do siebie zaciągnąć siłą. Jaki miał w
tym cel? Przecież odkąd pamiętam, nienawidził mnie. Raz, gdy
przez przypadek wpadłem na niego na korytarzu, zmieszał mnie z
błotem na oczach połowy szkoły!
Od
razu wyobraziłem sobie, jak Lawrence zamyka mnie w swoim pokoju,
zakuwa mnie w łańcuchy i torturuje do końca moich dni.
O
czym ja, do cholery, myślę?!
-
Nie jestem - wymamrotałem w końcu, odwracając wzrok, bo miałem
wrażenie, że Lawrence domyślił się, co właśnie sobie
wyobraziłem.
-
Spaghetti?
-
Co? – zdziwiłem się.
-
Lubisz spaghetti?
-
A co to ma do rzeczy?! – krzyknąłem ze zniecierpliwieniem.
-
Chyba lepiej, żeby moja matka zrobiła to, co lubisz. Ciągle
zamierzasz się głodzić?
-
Nie twoja sprawa – burknąłem.
Co
to miało być?! Obiad na przymus?! U obcych ludzi? U LAWRENCE’A?!!!
Osłupiały
patrzyłem, jak Lawrence wybucha śmiechem. Głupi był, czy jak? Nie
skomentował mojej odpowiedzi. Zamiast tego zarzucił mi ramię na
szyję i uwiesił się na mnie, a potem zaczął iść do szkoły, a
ja razem z nim. Albo był strasznie silny, albo mi się tak wydawało
przez to, że mało jadłem.
-
Chodź, bo się spóźnimy – powiedział, zostawiając moją
głodówkę i bluzę w spokoju. Już na powrót był sobą, nie
spojrzał na mnie ani razu podczas drogi do szkoły, ani się nie
odezwał.
Był
całkowicie i do szpiku kości dziwny…
*
-
Po co właściwie do ciebie idziemy? – wymamrotałem, wlokąc się
za Lawrencem do jego domu, a swoją drogą, Lawrence bez swojego
chłodu i dumy był całkiem fajny.
-
Zobaczysz. Na razie zjemy obiad – rzekł tajemniczym tonem. Za
każdym razem odpowiadał tak samo, z tym samym spokojem, chociaż
pytałem go już kilka razy. – Może jednak zdejmiesz ten worek
pokutny? – zaproponował, znowu wymownie patrząc na słońce.
Dzień był niezwykle gorący.
-
Nie! – natychmiast otuliłem się szczelnie bluzą, niczym kokonem,
jakby Lawrence chciał ją na siłę ze mnie zerwać.
-
Jak chcesz…
Law
mieszkał w dużym, piętrowym domu zbudowanym z czerwonej cegły.
Miał mały ogródek, w którym rosły przeróżne gatunki roślin.
To na pewno jego matka zajmowała się kwiatami, bo Lawrence był
zainteresowany tylko pisaniem. Wokół domu był także gęsty
żywopłot, a do drzwi głównych prowadził podjazd wysypany
drobnym, kremowym żwirkiem.
Kiedy
weszliśmy do korytarza, Lawrence rzucił swój plecak niedbale na
podłogę, ja swój obok, a potem poszliśmy do kuchni.
-
Cześć, mamo – Lawrence znowu stracił całą swoją wesołość i
był chłodny. Jego humory zmieniały się przy mnie jak w
kalejdoskopie. W szkole zawsze był lodowaty, natomiast gdy był ze
mną, czasami żartował albo lekko się uśmiechał, odgarniając
włosy za ucho, trzymając zeszyt pod pachą.
-
Dzień dobry…
-
Hej, chłopcy, siadajcie.
Matka
Lawrenca, Monica Carter, była niską pulchną kobietą. Wydawało mi
się, że uśmiech miała przyklejony do twarzy. Pomyślałem, że
Lawrence musi być bardzo podobny do ojca, bo między matka a synem
nie dostrzegłem żadnego podobieństwa, ani z wyglądu, ani
charakteru.
-
Siadaj, Chris – powiedział Lawrence, zajmując miejsce przed swoją
porcją parującego spaghetti. Usiadłem naprzeciwko niego i
zerknąłem na swój talerz, przełykając nerwowo ślinę.
-
Smacznego – powiedziała matka Lawrence’a, a my odpowiedzieliśmy
jej jednocześnie, po czym wyszła. Law zaczął jeść, a ja tylko
gapiłem się na makaron, bo wiedziałem, że nic nie przełknę.
-
Dlaczego nie jesz? Nie lubisz? – spytał Lawrence.
-
Nie, po prostu mi się nie chce.
-
Naprawdę? Po ośmiu godzinach w szkole bez kanapki nie jesteś
głodny?
-
Mhm…
Law
odstawił swój talerz, wstał i pociągnął mnie mocno za kaptur.
Wyrwałem mu go i poszliśmy do jego pokoju.
Było
to duże pomieszczenie z jasnymi ścianami, dużymi oknami i naprawdę
ogromnym telewizorem, prawie na pół ściany. Łóżko też miał
duże, na biurku, które stało tuż przy największym oknie,
piętrzyły się grube zeszyty i długopisy, a na podłodze
zgniecione kartki papieru, albo ich strzępy. Lawrence zamknął
drzwi na klucz, a potem bez wciskania żadnego kitu, powiedział:
-
Zdejmij bluzę.
-
Po co…?
Jeżeli
bym ją zdjął, to Law zobaczyłby wszystkie cięcia po żyletkach,
których było jeszcze więcej, niż normalnie, bo śmierć Arty’ego
strasznie mną wstrząsnęła. Nie chciałem, żeby je oglądał, sam
zresztą tego nie chciałem…
-
Zdejmuj i pokaż ręce.
Westchnąłem,
godząc się z tym, że w końcu sam by ją ze mnie zdjął, czy bym
mu pozwolił, czy nie. Wiedziałem, jaki był… Ściągnąłem bluzę
i rzuciłem ją na łóżko, a potem wyciągnąłem obie ręce w
stronę Law’a. Podszedł bliżej i przyjrzał się dokładnie moim
przedramionom.
-
Tak myślałem – odezwał się w końcu. – Dlaczego…? Co się u
ciebie dzieje?
-
Nie będę ci o sobie opowiadał – burknąłem, biorąc z powrotem
bluzę. – To nie twoja sprawa.
-
Chcę wiedzieć.
-
Nic mnie to nie obchodzi!
Włożyłem
z powrotem bluzę, ale Lawrence chwycił mnie za rękaw i ściągnął
ją ze mnie ponownie.
-
Nigdzie nie pójdziesz – powiedział od razu, jakby z groźbą, ale
po chwili westchnął, masując palcami skroń i wyszeptał z
zamkniętymi oczami: - Chris, ja ci chcę pomóc, nie wmawiaj sobie
jakichś bzdur. To, co o mnie słyszysz w szkole, to nie jest prawda.
Pogubiłeś się, a ja ci chcę tylko pomóc.
Wyciągnął
klucz z zamka drzwi i schował do tylnej kieszeni spodni, a moją
bluzę włożył na siebie i usiadł na fotelu z białą puchową
narzutą.
Usiadłem
na łóżku z obrażoną miną i milczałem. Nie miałem zamiaru mu
się zwierzać! Ale im dłużej siedziałem i im dłużej on na mnie
patrzył, czekając cierpliwie, aż zacznę mówić, tym bardziej
chciałem mu powiedzieć.
-
Ale nie powiesz nikomu…? - wyszeptałem w końcu.
-
Chris, popatrz na mnie. Ja nie mam komu powiedzieć.
Też
prawda. On nie miał w ogóle nikogo.
Odchrząknąłem
nerwowo, bawiąc się palcami i zacząłem opowiadać z trudem
składając słowa w zdanie. Jak ognia unikałem wzroku Lawrence’a.
-
No to… przeprowadziłem się tu jakiś czas temu… i… tego…
-
Czekaj, czekaj – przerwał mi od razu Law. Podszedł do mnie, oddał
mi bluzę i usiadł koło mnie. – Chris, nie denerwuj się, to nie
przesłuchanie. Mów, co czujesz, bez ściemy.
Odetchnąłem
głęboko, okrywając się bluzą i położyłem na plecach,
wgapiając się w sufit.
-
Nigdy jakoś mnie nie ciągnęło do ludzi, ale do tego roku
trzymałem z Leo Whitem. Zawsze. I wtedy przez myśl mi nie przeszło,
żeby się ciąć albo głodzić. Ale na rozpoczęcie roku szkolnego
już poszedłem sam, bo Leo wyskoczył z okna, nie mógł znieść
codzienności, tak jak ja teraz. Kiedy się zabił, nie umiałem się
z tym pogodzić i wtedy wszystko się zaczęło, ale rodzice zapisali
mnie do psychologa, tylko, że jak w szkole się o tym dowiedzieli,
to wszystko się rozsypało, wzięli mnie za psychopatę i tak dalej…
resztę sam znasz.
Lawrence
skinął głową.
-
Opowiadaj dalej.
-
Co dalej?
-
To przecież nie wszystko. Opowiedz mi wszystko o sobie, wszystko co
wydarzyło się od początku roku szkolnego. W twojej głowie…
Zamknąłem
oczy. Już samo wspomnienie tego, co powiedziałem dotąd, nie było
przyjemnie.
-
Chris, od tego będzie ci lżej. Możesz śmiało mówić, przecież
tego potrzebujesz.
Nie
jestem do końca pewien, ile zajęło mi sklecenie tego wszystkiego w
mniej więcej składną opowieść. Opowiadałem, jak Brian i reszta
znęcali się nad taką nędzną ciotą jak ja i wyjaśniłem całą
sprawę z Artym. A po wszystkim naprawdę zrobiło mi się lepiej i
uświadomiłem sobie, że opowiadałem bardzo długo jak na kogoś,
kto zazwyczaj się nie odzywa. Lawrence przez kilka minut nie odzywał
się, układając sobie wszystkie fakty w jedną całość, bo
mówiłem urywkami. Pomyślałem, że dobrze, że nie robił notatek,
bo czułbym się jak beznadziejny przypadek opisany tuż przed
śmiercią.
Lawrence
wreszcie wstał, podszedł do biurka i spomiędzy swoich zeszytów
wyciągnął mój, który od razu poznałem po porysowanej okładce.
-
Zdziwiłem się, jak mi go oddałeś i powiedziałeś, że mogę to
spalić. Gdybyś czuł się dobrze, nigdy byś mi nie oddał swoich
rysunków.
Wrócił
na łóżko i oddał mi szkicownik.
-
Swój portret wyrzuciłem.
Skinąłem
głową.
-
Po co kazałeś mi to wszystko mówić? – spytałem. – Czemu
chcesz mi pomóc?
-
Dlaczego? – prychnął Lawrence. – Bo życie jest piękne.
Co?
Jak mógł mówić takie rzeczy? Znał samotność lepiej niż ja,
miał gorzej, ale mimo to twierdził, że życie jest piękne! Chyba
naprawdę miał źle w głowie.
-
Co ty pieprzysz?
-
To, co słyszysz. Wystarczy, że się rozejrzysz, Chris. Tylko otwórz
oczy.
-
Odwaliło ci – wymamrotałem, po czym podszedłem do drzwi z
zamiarem wyjścia, ale zapomniałem, że były zamknięte, więc
byłem skazany na Lawrence’a, bo jego pokój znajdował się na
piętrze, a ja byłem osłabiony i gdybym wylazł przez okno, to
prędzej bym się zabił, niż uciekł do domu, a ja wbrew pozorom
bałem się samobójstwa.
Przynajmniej
na razie.
-
Posłuchaj mnie. Wystarczy, że robisz coś, co daje ci najmniejszą
radość, wtedy jest już o wiele łatwiej. Jeśli żyjesz dla kogoś,
będzie ci lżej, bo sobie mówisz, że „byłby ze mnie dumny”.
Usiadłem
z rezygnacją na fotelu.
-
Nie słuchałeś. Ja nie mam dla kogo.
-
Słuchałem – zamilkł na chwilę, a po namyśle spytał cicho: -
Czy przysięgniesz, że nikt nie będzie płakał na twoim pogrzebie?
-
Nie – odparłem bez zastanowienia, ale nad tym pytaniem nie
musiałem długo myśleć. Mary na pewno by płakała. I większość
moich kuzynów, którzy mnie bardzo lubili, większość była
młodsza ode mnie. Przy nich zawsze dużo się śmiałem, byłem
szczęśliwy, a oni mnie kochali za to, że robiłem z nimi różne
fajne rzeczy, jako najstarszy, zabierałem ich w różne miejsca, na
przykład nie było jeszcze wakacji, żebyśmy nie byli kilka razy w
wesołym miasteczku i nad morzem albo jeziorem. Wakacje z kuzynami
zawsze wspominałem dobrze, bo, jak to ujął Lawrence, pokazywałem
komuś, że „życie jest piękne”.
Ale
z kuzynami widywałem się tylko we wakacje…
-
Widzisz? Dla tych, którzy by płakali, musisz się postarać –
powiedział Lawrence. – Nie ma nic gorszego, niż sprawienie
przykrości najbliższym.
-
Lawrence… ale ja się czuję, jakbym już umarł…
-
Teraz to ty pieprzysz. Pokażę ci, że wcale nie umarłeś.
Co
on zamierzał? Przekręciłem się w fotelu i spojrzałem na niego
uważnie. Aż się przestraszyłem! Lawrence z uśmiechem wyglądał
strasznie… Złowieszczo.
-
Co?
-
Wyciągnę cię z tego cholernego bagna i pomogę odżyć.
-
Głupi jesteś?! Daj mi święty spokój! Poradzę sobie sam! –
podszedłem do drzwi i jeszcze raz szarpnąłem klamkę, ale dalej
musiałem siedzieć w pokoju z tym świrem.
-
Naprawdę? – spytał kpiąco, podchodząc do mnie. Podciągnął
rękawy mojej bluzy i pokazał mi moje własne rany. – To jest
twoje „poradzę sobie sam”?
Wyrwałem
się mu, naciągając rękawy z powrotem.
-
Świetny pomysł – zakpił.
-
Nie potrzebuję twojej pomocy!
-
Dlaczego przyjaźń ze mną wydaje ci się taka straszna?
Zamilkłem.
Staliśmy naprzeciw siebie, a on pomógł mi sobie coś uświadomić.
Naprawdę bałem się z nim zakumplować. Przyjaźń z gejem wydawała
mi się niebezpieczna i czułem w kościach, że nie wyjdzie z tego
nic dobrego, choćby, dlatego, że w szkole znienawidziliby mnie
jeszcze bardziej i dręczyliby coraz gorzej.
Chciał
wiedzieć, więc mu powiedziałem, co o tym sądzę.
-
Rozumiem. Ale czy myślisz, że w szkole mogą cię znienawidzić
bardziej? Poza tym, oni cię poniżają, a ja nie mam żadnego
powodu, żeby cię krzywdzić. Też jestem sam i też potrzebuję
jakiegoś towarzystwa, mimo tego jak na co dzień się do ludzi
zwracam.
-
To twoja wina, że jesteś sam! Bo jesteś taki… - zacząłem, ale
urwałem speszony, czując, że za daleko bym się posunął.
Lawrence
uniósł brew, skrzyżował ręce na piersi i spytał:
-
No jaki?
-
No… tego…
Pierwszy
raz od dłuższego czasu zrobiło mi się gorąco, gdy krew napłynęła
mi na twarz ze wstydu.
-
Powiedz. Nie zamorduję cię.
-
Taki lodowaty i arogancki… i traktujesz ludzi z góry, jakbyś był
niewiadomo kim.
Ale
przynajmniej teraz może wyrzuci mnie z domu i nie będę musiał z
nim siedzieć.
-
Dasz mi swój numer? – spytał Lawrence, jakby tamtego w ogóle nie
słyszał.
-
Eee… nie pamiętam… mam nowy od wczoraj.
Zaraz!
To już przesada! Najpierw Lawrence zabiera mnie do siebie na obiad,
potem urządza jakąś cholerną terapię, a teraz mianował się
moim ochroniarzem i chce numer mojej komórki?!
Law
podszedł do biurka i wziął jedną z kartek, których tam było
pełno, coś na niej zanotował, po czym dał ją mi. Zerknąłem na
nią.
-
To mój numer – wyjaśnił. Napisz do mnie, jak wrócisz do domu,
bo nie masz telefonu przy sobie, nie?
Pokręciłem
głową, patrząc na numer.
-
Zaufaj mi, ok? Chris, zaufaj mi, proszę…
Zacząłem
się zastanawiać, czy nie najadłem się jakichś grzybów i czy nie
miałem teraz halucynacji.
Jak
właściwie do tego doszło? Jak znalazłem się w tak głupiej
sytuacji?
-
Mógłbym już iść do domu…? – wykrztusiłem w końcu.
-
Mhm. Nie będę cię tu trzymał siłą. Zobaczymy się jutro w
szkole – odparł, otwierając drzwi, trochę zły, że mu nie
odpowiedziałem.
-
Ale jutro mnie nie będzie… Jadę na pogrzeb Arty’ego.
-
Dobra. To napisz, jak wrócisz, dam ci notatki.
-
Ok. Nara…
Wsunąłem
numer Lawrence’a do kieszeni bluzy. Kiedy wziąłem swój plecak z
korytarza, wyszedłem na ulicę.
Nie
poszedłem prosto do domu, tylko przejść się. Musiałem przemyśleć
to wszystko na spokojnie. Łaziłem po mieście, aż zrobiło się
ciemno, a potem wróciłem do domu, bo wiedziałem, że w tym mieście
lepiej się nie włóczyć wieczorami po ulicach. Nigdzie nie było
łatwiej o napaść.
W
każdym razie, doszedłem do wniosku, że gdybym był na miejscu
Lawrence’a, to uznałbym się za całkowitego idiotę. Chciałem
odtrącić jego wyciągniętą z pomocą dłoń i dalej żyć jak ten
odosobniony psychopata, którego wszyscy się boją i czują do niego
wstręt. Teraz sam się sobie dziwiłem, że nie zgodziłem się na
jego propozycję od razu. To naprawdę było łatwe. Wystarczyło,
żebym mu zaufał i wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie. To
było takie proste…
-
Cześć! – krzyknąłem do rodziców, którzy byli w salonie.
-
Cześć! – odkrzyknęli i, tak jak myślałem, nawet się nie
przejęli, czemu wróciłem dopiero wieczorem.
Poszedłem
do swojego pokoju, zostawiając plecak koło drzwi, i zająłem się
szukaniem telefonu. Znalazłem go pod stertą rysunków, które
robiłem przez pół nocy, gdy nie spałem. Rysowałem swoje dłonie.
Usiadłem
na łóżku, wyjąłem z kieszeni karteczkę z numerem Lawrence’a,
ale najpierw musiałem się nauczyć, jak w ogóle tej nowej komórki
używać. Miałem farta, bo to była jedna z tych prostszych w
obsłudze i po kilku minutach ją rozgryzłem. Wreszcie wszedłem w
wiadomości, napisałem do Law’a „Zaufam”, a potem przysnąłem,
zmęczony tym długim spacerem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz