sobota, 16 sierpnia 2014

Rozdział 2

Śmierć to najlepsze, co dostajemy od życia.


Siedzę w pokoju, jest całkiem ciemno i zimno. Nie ma mnie kto podnieść z podłogi. Płaczę. Łzy ciekną mi po policzkach i oprócz tego nie istnieje dla mnie już nic. Nikt nigdy tego nie zauważa, ani że dygoczę, leżę sam na podłodze. Jest taka zimna, a nowy telefon leży na biurku. Nawet nie wiem, jak go użyć, bo nie mam po co. Przecież nikt nie napisze ani nie zadzwoni.
Leżę na plecach z zamkniętymi oczami, mając nadzieję, że już się nie obudzę. Byłoby cudownie.
Nie będzie lepiej, jestem tego pewien, czasem tylko mam napad euforii i nadzieję na lepsze jutro, chociaż normalnie boję się każdego nadchodzącego dnia. Sypiam tylko parę krótkich godzin, a resztę nocy po prostu leżę z zamkniętymi oczami i czekam na śmierć, ale ona nie przychodzi, choć tak bardzo ją o to proszę. Dlaczego mojego życia nie może dostać ktoś, kto byłby szczęśliwy, byłoby lepiej dla mnie i dla niego?
Dlaczego mnie nie słuchasz?
I czasami krzyczę! Krzyczę jak opętany! Ale w pustą przestrzeń… Nie ma nikogo, kto mógłby to usłyszeć, nikogo, kto dawałby mojemu sercu powód, aby biło, mocno i z całych sił.
Nikt mnie nie słyszy…
Ja pierdolę!
Za to ja słyszę wszystko doskonale.
Słyszę śmiech i szczęście, co dobija mnie jeszcze bardziej.
Dopiero nad ranem podnoszę się z podłogi i idę pod prysznic, żeby umyć twarz i zmyć krew z rąk. Kulę się pod prysznicem, w strumieniu gorącej wody. To jedyne ciepło, jakie dostaję. Marzę, żeby umrzeć w tym cieple, zamknąć oczy, nigdy się nie obudzić, śnić o szczęściu… Pod prysznicem siedzę najdłużej, jak mogę, przecież kiedy stamtąd wyjdę, znowu będzie zimno.
Ubieram się.
Biorę kanapkę na drugie śniadanie, którą i tak wyrzucę do kosza.
Wychodzę do szkoły.
Wracam do domu.
Martwy.
I… tak mi zimno.
Idę spać, żeby nie myśleć, chociaż tylko leżę zwinięty w kłębek i nic nie czuję. Ciekawe, czy gdyby ktoś wiedział, jak bardzo nienawidzę swojego życia, to by mi ulżył i je zabrał?
Ale i tak nikt tego nie słyszy.
Pozwólcie mi zniszczyć siebie. Proszę…
*
Wyszedłem spod prysznica.
Od czasu, kiedy zadzwoniła Mary, mówiąc mi o śmierci Arty’ego, minęły 3 dni. Jutro pogrzeb. Nie wiedziałem, czy chcę jechać.
Wróciłem do pokoju, żeby się ubrać w coś ciepłego, by nie było mi zimno. W grubą bluzę, jeansy i trampki. Zarzuciłem plecak na ramię, poszedłem do kuchni po kanapkę, powiedziałem matce „cześć”. Nie odpowiedziała. Wyszedłem przed dom, patrząc na czubki swoich butów.
- Cześć, Chris.
- Haa?!
Podniosłem zdziwiony wzrok i aż podskoczyłem. Spodziewałem się każdego, ale nie jego! Nie Lawrence’a…
- Cz-cześć – wykrztusiłem, obciągając rękawy bluzy na zziębnięte dłonie. – Co tu robisz?
Jeśli dalej będę odpowiadał w ten sposób, Lawrence pomyśli, że się jąkam.
- Pomyślałem, że pójdziemy razem do szkoły. Nie za gorąco na taką bluzę? – spytał zerkając na słońce, a ja spojrzałem na jego bezrękawnik. Aż mnie przeszedł dreszcz.
- Nie. Zimno mi.
- Wszystko w porządku? Dobrze się czujesz?
Lawrence, gdybyś tylko wiedział…
- Tak – skłamałem, a on podszedł do mnie, przyglądając mi się badawczo.
- Dlaczego kłamiesz?
- Nie kłamię. Wszystko ok.
- Idziemy dziś po lekcjach do mnie – świadczył nagle. Myślałem, że się przesłyszałem, więc wykrztusiłem tylko „co?!”, całkiem zaskoczony, a Lawrence powtórzył cierpliwie: - Idziemy do mnie. Głuchy jesteś?
- Nie mogę dzisiaj…
- Nie pytałem, czy możesz – wzruszył ramionami.
Wyglądało na to, że chciał mnie do siebie zaciągnąć siłą. Jaki miał w tym cel? Przecież odkąd pamiętam, nienawidził mnie. Raz, gdy przez przypadek wpadłem na niego na korytarzu, zmieszał mnie z błotem na oczach połowy szkoły!
Od razu wyobraziłem sobie, jak Lawrence zamyka mnie w swoim pokoju, zakuwa mnie w łańcuchy i torturuje do końca moich dni.
O czym ja, do cholery, myślę?!
- Nie jestem - wymamrotałem w końcu, odwracając wzrok, bo miałem wrażenie, że Lawrence domyślił się, co właśnie sobie wyobraziłem.
- Spaghetti?
- Co? – zdziwiłem się.
- Lubisz spaghetti?
- A co to ma do rzeczy?! – krzyknąłem ze zniecierpliwieniem.
- Chyba lepiej, żeby moja matka zrobiła to, co lubisz. Ciągle zamierzasz się głodzić?
- Nie twoja sprawa – burknąłem.
Co to miało być?! Obiad na przymus?! U obcych ludzi? U LAWRENCE’A?!!!
Osłupiały patrzyłem, jak Lawrence wybucha śmiechem. Głupi był, czy jak? Nie skomentował mojej odpowiedzi. Zamiast tego zarzucił mi ramię na szyję i uwiesił się na mnie, a potem zaczął iść do szkoły, a ja razem z nim. Albo był strasznie silny, albo mi się tak wydawało przez to, że mało jadłem.
- Chodź, bo się spóźnimy – powiedział, zostawiając moją głodówkę i bluzę w spokoju. Już na powrót był sobą, nie spojrzał na mnie ani razu podczas drogi do szkoły, ani się nie odezwał.
Był całkowicie i do szpiku kości dziwny…
*
- Po co właściwie do ciebie idziemy? – wymamrotałem, wlokąc się za Lawrencem do jego domu, a swoją drogą, Lawrence bez swojego chłodu i dumy był całkiem fajny.
- Zobaczysz. Na razie zjemy obiad – rzekł tajemniczym tonem. Za każdym razem odpowiadał tak samo, z tym samym spokojem, chociaż pytałem go już kilka razy. – Może jednak zdejmiesz ten worek pokutny? – zaproponował, znowu wymownie patrząc na słońce. Dzień był niezwykle gorący.
- Nie! – natychmiast otuliłem się szczelnie bluzą, niczym kokonem, jakby Lawrence chciał ją na siłę ze mnie zerwać.
- Jak chcesz…
Law mieszkał w dużym, piętrowym domu zbudowanym z czerwonej cegły. Miał mały ogródek, w którym rosły przeróżne gatunki roślin. To na pewno jego matka zajmowała się kwiatami, bo Lawrence był zainteresowany tylko pisaniem. Wokół domu był także gęsty żywopłot, a do drzwi głównych prowadził podjazd wysypany drobnym, kremowym żwirkiem.
Kiedy weszliśmy do korytarza, Lawrence rzucił swój plecak niedbale na podłogę, ja swój obok, a potem poszliśmy do kuchni.
- Cześć, mamo – Lawrence znowu stracił całą swoją wesołość i był chłodny. Jego humory zmieniały się przy mnie jak w kalejdoskopie. W szkole zawsze był lodowaty, natomiast gdy był ze mną, czasami żartował albo lekko się uśmiechał, odgarniając włosy za ucho, trzymając zeszyt pod pachą.
- Dzień dobry…
- Hej, chłopcy, siadajcie.
Matka Lawrenca, Monica Carter, była niską pulchną kobietą. Wydawało mi się, że uśmiech miała przyklejony do twarzy. Pomyślałem, że Lawrence musi być bardzo podobny do ojca, bo między matka a synem nie dostrzegłem żadnego podobieństwa, ani z wyglądu, ani charakteru.
- Siadaj, Chris – powiedział Lawrence, zajmując miejsce przed swoją porcją parującego spaghetti. Usiadłem naprzeciwko niego i zerknąłem na swój talerz, przełykając nerwowo ślinę.
- Smacznego – powiedziała matka Lawrence’a, a my odpowiedzieliśmy jej jednocześnie, po czym wyszła. Law zaczął jeść, a ja tylko gapiłem się na makaron, bo wiedziałem, że nic nie przełknę.
- Dlaczego nie jesz? Nie lubisz? – spytał Lawrence.
- Nie, po prostu mi się nie chce.
- Naprawdę? Po ośmiu godzinach w szkole bez kanapki nie jesteś głodny?
- Mhm…
Law odstawił swój talerz, wstał i pociągnął mnie mocno za kaptur. Wyrwałem mu go i poszliśmy do jego pokoju.
Było to duże pomieszczenie z jasnymi ścianami, dużymi oknami i naprawdę ogromnym telewizorem, prawie na pół ściany. Łóżko też miał duże, na biurku, które stało tuż przy największym oknie, piętrzyły się grube zeszyty i długopisy, a na podłodze zgniecione kartki papieru, albo ich strzępy. Lawrence zamknął drzwi na klucz, a potem bez wciskania żadnego kitu, powiedział:
- Zdejmij bluzę.
- Po co…?
Jeżeli bym ją zdjął, to Law zobaczyłby wszystkie cięcia po żyletkach, których było jeszcze więcej, niż normalnie, bo śmierć Arty’ego strasznie mną wstrząsnęła. Nie chciałem, żeby je oglądał, sam zresztą tego nie chciałem…
- Zdejmuj i pokaż ręce.
Westchnąłem, godząc się z tym, że w końcu sam by ją ze mnie zdjął, czy bym mu pozwolił, czy nie. Wiedziałem, jaki był… Ściągnąłem bluzę i rzuciłem ją na łóżko, a potem wyciągnąłem obie ręce w stronę Law’a. Podszedł bliżej i przyjrzał się dokładnie moim przedramionom.
- Tak myślałem – odezwał się w końcu. – Dlaczego…? Co się u ciebie dzieje?
- Nie będę ci o sobie opowiadał – burknąłem, biorąc z powrotem bluzę. – To nie twoja sprawa.
- Chcę wiedzieć.
- Nic mnie to nie obchodzi!
Włożyłem z powrotem bluzę, ale Lawrence chwycił mnie za rękaw i ściągnął ją ze mnie ponownie.
- Nigdzie nie pójdziesz – powiedział od razu, jakby z groźbą, ale po chwili westchnął, masując palcami skroń i wyszeptał z zamkniętymi oczami: - Chris, ja ci chcę pomóc, nie wmawiaj sobie jakichś bzdur. To, co o mnie słyszysz w szkole, to nie jest prawda. Pogubiłeś się, a ja ci chcę tylko pomóc.
Wyciągnął klucz z zamka drzwi i schował do tylnej kieszeni spodni, a moją bluzę włożył na siebie i usiadł na fotelu z białą puchową narzutą.
Usiadłem na łóżku z obrażoną miną i milczałem. Nie miałem zamiaru mu się zwierzać! Ale im dłużej siedziałem i im dłużej on na mnie patrzył, czekając cierpliwie, aż zacznę mówić, tym bardziej chciałem mu powiedzieć.
- Ale nie powiesz nikomu…? - wyszeptałem w końcu.
- Chris, popatrz na mnie. Ja nie mam komu powiedzieć.
Też prawda. On nie miał w ogóle nikogo.
Odchrząknąłem nerwowo, bawiąc się palcami i zacząłem opowiadać z trudem składając słowa w zdanie. Jak ognia unikałem wzroku Lawrence’a.
- No to… przeprowadziłem się tu jakiś czas temu… i… tego…
- Czekaj, czekaj – przerwał mi od razu Law. Podszedł do mnie, oddał mi bluzę i usiadł koło mnie. – Chris, nie denerwuj się, to nie przesłuchanie. Mów, co czujesz, bez ściemy.
Odetchnąłem głęboko, okrywając się bluzą i położyłem na plecach, wgapiając się w sufit.
- Nigdy jakoś mnie nie ciągnęło do ludzi, ale do tego roku trzymałem z Leo Whitem. Zawsze. I wtedy przez myśl mi nie przeszło, żeby się ciąć albo głodzić. Ale na rozpoczęcie roku szkolnego już poszedłem sam, bo Leo wyskoczył z okna, nie mógł znieść codzienności, tak jak ja teraz. Kiedy się zabił, nie umiałem się z tym pogodzić i wtedy wszystko się zaczęło, ale rodzice zapisali mnie do psychologa, tylko, że jak w szkole się o tym dowiedzieli, to wszystko się rozsypało, wzięli mnie za psychopatę i tak dalej… resztę sam znasz.
Lawrence skinął głową.
- Opowiadaj dalej.
- Co dalej?
- To przecież nie wszystko. Opowiedz mi wszystko o sobie, wszystko co wydarzyło się od początku roku szkolnego. W twojej głowie…
Zamknąłem oczy. Już samo wspomnienie tego, co powiedziałem dotąd, nie było przyjemnie.
- Chris, od tego będzie ci lżej. Możesz śmiało mówić, przecież tego potrzebujesz.
Nie jestem do końca pewien, ile zajęło mi sklecenie tego wszystkiego w mniej więcej składną opowieść. Opowiadałem, jak Brian i reszta znęcali się nad taką nędzną ciotą jak ja i wyjaśniłem całą sprawę z Artym. A po wszystkim naprawdę zrobiło mi się lepiej i uświadomiłem sobie, że opowiadałem bardzo długo jak na kogoś, kto zazwyczaj się nie odzywa. Lawrence przez kilka minut nie odzywał się, układając sobie wszystkie fakty w jedną całość, bo mówiłem urywkami. Pomyślałem, że dobrze, że nie robił notatek, bo czułbym się jak beznadziejny przypadek opisany tuż przed śmiercią.
Lawrence wreszcie wstał, podszedł do biurka i spomiędzy swoich zeszytów wyciągnął mój, który od razu poznałem po porysowanej okładce.
- Zdziwiłem się, jak mi go oddałeś i powiedziałeś, że mogę to spalić. Gdybyś czuł się dobrze, nigdy byś mi nie oddał swoich rysunków.
Wrócił na łóżko i oddał mi szkicownik.
- Swój portret wyrzuciłem.
Skinąłem głową.
- Po co kazałeś mi to wszystko mówić? – spytałem. – Czemu chcesz mi pomóc?
- Dlaczego? – prychnął Lawrence. – Bo życie jest piękne.
Co? Jak mógł mówić takie rzeczy? Znał samotność lepiej niż ja, miał gorzej, ale mimo to twierdził, że życie jest piękne! Chyba naprawdę miał źle w głowie.
- Co ty pieprzysz?
- To, co słyszysz. Wystarczy, że się rozejrzysz, Chris. Tylko otwórz oczy.
- Odwaliło ci – wymamrotałem, po czym podszedłem do drzwi z zamiarem wyjścia, ale zapomniałem, że były zamknięte, więc byłem skazany na Lawrence’a, bo jego pokój znajdował się na piętrze, a ja byłem osłabiony i gdybym wylazł przez okno, to prędzej bym się zabił, niż uciekł do domu, a ja wbrew pozorom bałem się samobójstwa.
Przynajmniej na razie.
- Posłuchaj mnie. Wystarczy, że robisz coś, co daje ci najmniejszą radość, wtedy jest już o wiele łatwiej. Jeśli żyjesz dla kogoś, będzie ci lżej, bo sobie mówisz, że „byłby ze mnie dumny”.
Usiadłem z rezygnacją na fotelu.
- Nie słuchałeś. Ja nie mam dla kogo.
- Słuchałem – zamilkł na chwilę, a po namyśle spytał cicho: - Czy przysięgniesz, że nikt nie będzie płakał na twoim pogrzebie?
- Nie – odparłem bez zastanowienia, ale nad tym pytaniem nie musiałem długo myśleć. Mary na pewno by płakała. I większość moich kuzynów, którzy mnie bardzo lubili, większość była młodsza ode mnie. Przy nich zawsze dużo się śmiałem, byłem szczęśliwy, a oni mnie kochali za to, że robiłem z nimi różne fajne rzeczy, jako najstarszy, zabierałem ich w różne miejsca, na przykład nie było jeszcze wakacji, żebyśmy nie byli kilka razy w wesołym miasteczku i nad morzem albo jeziorem. Wakacje z kuzynami zawsze wspominałem dobrze, bo, jak to ujął Lawrence, pokazywałem komuś, że „życie jest piękne”.
Ale z kuzynami widywałem się tylko we wakacje…
- Widzisz? Dla tych, którzy by płakali, musisz się postarać – powiedział Lawrence. – Nie ma nic gorszego, niż sprawienie przykrości najbliższym.
- Lawrence… ale ja się czuję, jakbym już umarł…
- Teraz to ty pieprzysz. Pokażę ci, że wcale nie umarłeś.
Co on zamierzał? Przekręciłem się w fotelu i spojrzałem na niego uważnie. Aż się przestraszyłem! Lawrence z uśmiechem wyglądał strasznie… Złowieszczo.
- Co?
- Wyciągnę cię z tego cholernego bagna i pomogę odżyć.
- Głupi jesteś?! Daj mi święty spokój! Poradzę sobie sam! – podszedłem do drzwi i jeszcze raz szarpnąłem klamkę, ale dalej musiałem siedzieć w pokoju z tym świrem.
- Naprawdę? – spytał kpiąco, podchodząc do mnie. Podciągnął rękawy mojej bluzy i pokazał mi moje własne rany. – To jest twoje „poradzę sobie sam”?
Wyrwałem się mu, naciągając rękawy z powrotem.
- Świetny pomysł – zakpił.
- Nie potrzebuję twojej pomocy!
- Dlaczego przyjaźń ze mną wydaje ci się taka straszna?
Zamilkłem. Staliśmy naprzeciw siebie, a on pomógł mi sobie coś uświadomić. Naprawdę bałem się z nim zakumplować. Przyjaźń z gejem wydawała mi się niebezpieczna i czułem w kościach, że nie wyjdzie z tego nic dobrego, choćby, dlatego, że w szkole znienawidziliby mnie jeszcze bardziej i dręczyliby coraz gorzej.
Chciał wiedzieć, więc mu powiedziałem, co o tym sądzę.
- Rozumiem. Ale czy myślisz, że w szkole mogą cię znienawidzić bardziej? Poza tym, oni cię poniżają, a ja nie mam żadnego powodu, żeby cię krzywdzić. Też jestem sam i też potrzebuję jakiegoś towarzystwa, mimo tego jak na co dzień się do ludzi zwracam.
- To twoja wina, że jesteś sam! Bo jesteś taki… - zacząłem, ale urwałem speszony, czując, że za daleko bym się posunął.
Lawrence uniósł brew, skrzyżował ręce na piersi i spytał:
- No jaki?
- No… tego…
Pierwszy raz od dłuższego czasu zrobiło mi się gorąco, gdy krew napłynęła mi na twarz ze wstydu.
- Powiedz. Nie zamorduję cię.
- Taki lodowaty i arogancki… i traktujesz ludzi z góry, jakbyś był niewiadomo kim.
Ale przynajmniej teraz może wyrzuci mnie z domu i nie będę musiał z nim siedzieć.
- Dasz mi swój numer? – spytał Lawrence, jakby tamtego w ogóle nie słyszał.
- Eee… nie pamiętam… mam nowy od wczoraj.
Zaraz! To już przesada! Najpierw Lawrence zabiera mnie do siebie na obiad, potem urządza jakąś cholerną terapię, a teraz mianował się moim ochroniarzem i chce numer mojej komórki?!
Law podszedł do biurka i wziął jedną z kartek, których tam było pełno, coś na niej zanotował, po czym dał ją mi. Zerknąłem na nią.
- To mój numer – wyjaśnił. Napisz do mnie, jak wrócisz do domu, bo nie masz telefonu przy sobie, nie?
Pokręciłem głową, patrząc na numer.
- Zaufaj mi, ok? Chris, zaufaj mi, proszę…
Zacząłem się zastanawiać, czy nie najadłem się jakichś grzybów i czy nie miałem teraz halucynacji.
Jak właściwie do tego doszło? Jak znalazłem się w tak głupiej sytuacji?
- Mógłbym już iść do domu…? – wykrztusiłem w końcu.
- Mhm. Nie będę cię tu trzymał siłą. Zobaczymy się jutro w szkole – odparł, otwierając drzwi, trochę zły, że mu nie odpowiedziałem.
- Ale jutro mnie nie będzie… Jadę na pogrzeb Arty’ego.
- Dobra. To napisz, jak wrócisz, dam ci notatki.
- Ok. Nara…
Wsunąłem numer Lawrence’a do kieszeni bluzy. Kiedy wziąłem swój plecak z korytarza, wyszedłem na ulicę.
Nie poszedłem prosto do domu, tylko przejść się. Musiałem przemyśleć to wszystko na spokojnie. Łaziłem po mieście, aż zrobiło się ciemno, a potem wróciłem do domu, bo wiedziałem, że w tym mieście lepiej się nie włóczyć wieczorami po ulicach. Nigdzie nie było łatwiej o napaść.
W każdym razie, doszedłem do wniosku, że gdybym był na miejscu Lawrence’a, to uznałbym się za całkowitego idiotę. Chciałem odtrącić jego wyciągniętą z pomocą dłoń i dalej żyć jak ten odosobniony psychopata, którego wszyscy się boją i czują do niego wstręt. Teraz sam się sobie dziwiłem, że nie zgodziłem się na jego propozycję od razu. To naprawdę było łatwe. Wystarczyło, żebym mu zaufał i wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie. To było takie proste…
- Cześć! – krzyknąłem do rodziców, którzy byli w salonie.
- Cześć! – odkrzyknęli i, tak jak myślałem, nawet się nie przejęli, czemu wróciłem dopiero wieczorem.
Poszedłem do swojego pokoju, zostawiając plecak koło drzwi, i zająłem się szukaniem telefonu. Znalazłem go pod stertą rysunków, które robiłem przez pół nocy, gdy nie spałem. Rysowałem swoje dłonie.
Usiadłem na łóżku, wyjąłem z kieszeni karteczkę z numerem Lawrence’a, ale najpierw musiałem się nauczyć, jak w ogóle tej nowej komórki używać. Miałem farta, bo to była jedna z tych prostszych w obsłudze i po kilku minutach ją rozgryzłem. Wreszcie wszedłem w wiadomości, napisałem do Law’a „Zaufam”, a potem przysnąłem, zmęczony tym długim spacerem.

Dzięki wielkie każdemu, kto przebrnął przez te wypociny~! Komentarze mile widziane :D 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz